piątek, 10 lutego 2017

Rozdział 7

7.

Karma dla królików.

    Z nastaniem ranka Eladiera zerwała się z łóżka i w oka mgnieniu była już gotowa do wyjścia. Coraz lepiej szła jej obsługa ludzkiego sprzętu w łazience.
            Podeszła do okna, otworzyła je i wychyliła się, opierając dłonie na parapecie i wdychając rześkie, poranne powietrze. Delikatny wietrzyk poruszał jej długimi włosami, muskał jej bladą skórę. Eladiera uśmiechnęła się szeroko. Od wczoraj nie była na zewnątrz. Dla elfa to wieczność. Zwłaszcza dla elfa w domu z szybami w oknach.
            Po raz ostatni zaciągnęła się świeżym powietrzem, a potem ruszyła do drzwi. Zatrzymała się wpół kroku, widząc swoje odbicie w lustrze.
            Ubrała ciemne, obcisłe i błyszczące spodnie, koronkowy top, białą, włochatą kurteczkę i szpilki do kolan. Widziała Przyziemną w takim stroju, gdy wracała z Anabelle z imprezy. Uznała, że to typowy, ludzki strój. Włosy związała w wysoką kitkę, w uszach miała diamentowe kolczyki, które zabrała ze sobą z Liman ul Thien, a do kurteczki przypiętą broszkę w kształcie zielonego liścia, którą kiedyś ukradła Limannelowi i od tego czasu zawsze nosiła ją przypiętą w rękawie. Chyba wyglądała w miarę ludzko.
            W kuchni zastała tamtą dwójkę jedzącą śniadanie i rozmawiającą o czymś ściszonymi głosami. Siedzieli przy blacie, zwróceni do niej plecami, więc jej nie zauważyli.
-Naprawdę sądzisz, że ten stary wariat może jej jakoś pomóc?- zapytała Bella.
-Nie wiem. Ale mam taką nadzieję- odparł Razmus, a potem westchnął. –Biedaczka. Utknąć tak daleko od domu, w świecie, którego nie zna, sama jak palec.
-Ona jakoś nie wygląda na zmartwioną- zauważyła wampirzyca.
-Anabelle, mogłabyś być odrobinę milsza. Eladiera to doceni.
-Nie lubię elfów. Są takie… radosne i głupiutkie. I władają cholernie potężną magią- mruknęła Bella, garbiąc się. –Są jak niemowlaki bawiące się nożami!
-Dzień dobry- zawołała elfka, a Razmus drgnął. Wiedziała, że Anabelle za nią nie przepada odkąd zobaczyła po raz pierwszy jej pogardliwe spojrzenie.
            Razmus odwrócił się na krześle z promiennym uśmiechem.
-Dzień dobry biszkopciku! Jak się spa…- urwał nagle, widząc w co jest ubrana. –W coś ty się ubrała?!- pisnął, aż Bella spojrzała na nią przez ramię. Jej oczy się rozszerzyły, a potem wybuchnęła śmiechem. Eladiera zmieszała się odrobinę, nie wiedząc w czym rzecz.
-Wyglądasz jak d…
-Anabelle!- czarodziej uciszył ją gwałtownie, a ona zaśmiała się głośniej. Potem przeniósł wzrok na elfkę. Pokręcił głową i zacmokał kilka razy.
-Coś nie tak? Widziałam jedną dziewczynę, która była tak ubrana i pomyślałam, że to normalny strój- wyjaśniła, patrząc niepewnie na swoje szpilki.
-A potem wsiadła do samochodu jakiegoś faceta?- zapytała Bella i wybuchnęła głośnym śmiechem. Eladiera zmarszczyła brwi i spojrzała zdezorientowana na Razmusa. Ten w końcu wstał i wyciągnął do niej rękę.
-Chodź biszkopciku, ubierzemy cię w coś normalnego.
~~~
            Jakiś czas później, gdy Eladiera wcisnęła się w wybrane przez Razmusa ubrania (biała, krótka koszulka z ananasami, czarne, obcisłe spodnie z wysokim stanem i czarne balerinki, które wcale nie były tak niewygodne jak jej pałacowe pantofle), wyszli z mieszkania, a Eladiera zadrżała mimo skórzanej kurtki, którą przed wyjściem wcisnął jej czarodziej. Elfka nie przywykła do tak chłodnego początku wiosny. W Liman ul Thien zawsze świeciło słońce, a temperatura nigdy nie spadała poniżej 20 stopni. Nawet zimą.
-Eladiero, mam do ciebie jeszcze jedną prośbę, zanim wyjdziemy na ulicę- zagadnął ją Razmus, a ona spojrzała na niego zaciekawiona. Od myśli, że zaraz wyjdzie na ulicę w ludzkim mieście, gdzie roi się od Wyklętych i będzie przechodzić obok nich nierozpoznana aż świerzbiły ją dłonie. –Świat ludzi może ci się wydać trochę… dziwny. Ale nie okazuj tego za bardzo. Dobrze, biszkopciku?- zapytał, a ona pokiwała głową, bojąc się, że jeśli otworzy usta, wyleje się z nich potok pytań. Nie przeszkodziło jej nawet, że nazwał ją „biszkopcikiem”. Zaczynała się nawet do tego przyzwyczajać.
-Możemy już iść? Potrzebuję kawy ze Starbucksa. Teraz- mruknęła Bella, krzyżując ręce na piersi i patrząc znacząco na czarodzieja. Ten wywrócił oczami i, jak przystało na gentelmana, przepuścił ją przodem. Wampirzyca wymusiła uśmiech i ruszyła przed siebie, nie oglądając się, czy jej towarzysze za nią idą. Bo pewnie wcale jej nie tym nie zależało.
            Eladiera myślała, że podwórko za mieszkaniem Razmusa jest wystarczająco dziwne z tym zapachem pleśni, kontenerami na śmieci i kotami szukającymi resztek jedzenia. Ale to co zobaczyła potem, przekroczyło jej wszelkie oczekiwania. Nawet wszystkie filmy edukacyjne, które wcześniej puszczał jej Razmus, nie był w stanie jej na to przygotować.
            Olliminel zawsze opowiadał jej o wysokich wieżach ze szkła, kolorowych ekranach, reklamujących rzeczy, które ludziom wcale nie są potrzebne, ale i tak je kupują, samochodach stających w korkach przewyższających długością najstarsze drzewo w lesie, sklepach z krzykliwymi wystawami i neonowymi szyldami wiszącymi nad wejściem, o całym tym przepychu, który, jej zdaniem, jest zupełnie zbędny, ale i tak nie mogła zmusić się, by zamknąć buzię, gdy wyszli na chodnik, mijając tłumy zgarbionych ludzi, zajętych własnymi sprawami. Słuchanie o tym wszystkim, a zobaczenie tego na własne oczy robi różnicę.
-Ej, Królewno, lepiej zamknij usta, bo jeszcze przez przypadek połkniesz jakąś biedną muchę- mruknęła Anabelle, uśmiechając się krzywo, a Eladiera w końcu zmusiła się do zaciśnięcia szczęki. Ale żadne słowa wampirzycy nie mogły jej zniechęcić do gapienia się na wszystko i wszystkich wielkimi, błyszczącymi oczami.
-I jak?- zapytał Razmus, patrząc na nią kątem oka i podśmiechując się. Eladiera zadarła wysoko głowę, patrząc w ślad za samolotem, który leciał strasznie nisko.
-Tłoczno, oślepiająco i… głośno- odparła elfka, a czarodziej się zaśmiał i pociągnął ją za łokieć w inną ulicę.
-Witamy w Nowym Jorku!- zawołał, a Eladiera uśmiechnęła się, myśląc po raz pierwszy, że może nie warto wracać do domu.
~~~
            Zatrzymali się przed małą herbaciarnią, która nie wyglądała zbyt zachęcająco. Nad drzwiami wisiał szyld „Herbatki Chana. Najlepsze w mieście”. Ale nawet kolorowe lampiony z chińskimi znaczkami powieszone na wystawie, nie mogły rozweselić tego ponurego miejsca. Cuchnęło magią.
-Poczekajcie tutaj. Muszę coś załatwić w środku. Zaraz wracam- powiedział Razmus, a po chwili zniknął we wnętrzu sklepu. Eladiera spojrzała w bok, na rząd małych sklepików i restauracyjek. Gdzieniegdzie siedziała jakaś samotna osoba, zajęta własnymi sprawami. Tak jak pewien nieogolony chłopak w skórzanej kurtce, który przysiadł przy zewnętrznym stoliku małej restauracji. Biła od niego dziwna dzikość i siła. Miało się wrażenie, że za chwilę wskoczy na stolik i zawyje do księżyca. Eladiera uniosła brwi. Wilkołak.
            Zaraz podeszła do niego kelnerka o blond włosach z różowymi pasemkami. Wyglądała zupełnie zwyczajnie. Oprócz ostrych jak noże zębów i skrzeli na szyi. Faerie.
            Nagle jej wzrok przyciągnął chłopak patrzący na wystawę w sklepie z antykami. Był przeraźliwie blady i jakby… niestały. Na przemian stawał się wyraźny i rozmyty, jakby przysłaniała go jakaś mgiełka. Nagle przebiegł przez niego jakiś gruby krasnolud z rudą brodą, a ten zaczął za nim krzyczeć. Duch.
            Eladiera ponownie spojrzała na witrynę sklepu, do którego przed chwilą wszedł Razmus. Dopiero teraz dostrzegła starożytne runy wyryte na szybie, księgi czarów, szaty o magicznych właściwościach i różnorakie składniki, od Korzenia Słońca do sproszkowanej śliny mantykory. Znajdowali się na ulicy Zaklętych. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyła?
            Już miała zapytać o to Anabelle, gdy ta nagle ruszyła wzdłuż ulicy, wołając przez ramię:
-Idę po kawę. Jesteś dużą dziewczynką. Dasz radę beze mnie!
-Ale…
-Zaraz wracam!- rzuciła i po chwili zniknęła za zakrętem. I tak Eladiera została sama.
            Rozejrzała się dookoła niepewnie. Chyba nic jej nie grozi. W końcu była siedemnastoletnim elfem. Co może się stać?
            Nie trzeba było pytać.
            Nagle zza zakrętu wypłynął tłum rozgadanych, młodych wilkołaków. Eladiera zeszła im z drogi, przez co została prawie potrącona przez chłopaka faerie pędzącego na rowerze w dół ulicy. Elfka uskoczył przed nim na jezdnię, a słysząc klaksony zdenerwowanych kierowców, popędziła przed siebie, zatrzymując się dopiero na chodniku. Odetchnęła z ulgą i zadowolona rozejrzała się dookoła, chcąc ocenić swoje położenie, ale widok przysłoniła jej ta sama grupka likantropów. Eladiera przycisnęła łokcie do siebie i stała twardo w miejscu, twierdząc, że ją wyminą. Ale jakże się myliła.
            Na drugim końcu ulicy pojawiła się grupka młodych likantropek. Hormony najwyraźniej oszalały w młodych wilkach, bo ruszyli przed siebie, nie zważając na biedną elfkę, która tylko chciała przeżyć. Więc Eladiera, nie mając innego wyboru, ruszyła przed siebie, niesiona tłumem. I już myślała, że nie ma dla niej ratunku, gdy dostrzegła boczną uliczkę. Wskoczyła w nią i oparła się o mur, czując przyjemny chłód bijący od zmurszałych cegieł. Wypuściła powietrze z płuc i uniosła głowę, by zobaczyć, gdzie tym razem wylądowała. Ciemna, ciasna i cuchnąca uliczka z mnóstwem czarnych, plastikowych worków ciągnęła się jakieś czternaście metrów wzdłuż starych budynków. Nie miała pojęcia, gdzie się znalazła.
            I już miała wrócić na chodnik, by kogoś o to zapytać, gdy dostrzegła ruch w cieniu na końcu zaułka. Zmarszczyła brwi, niepewna czego ma się spodziewać. W końcu to Nowy Jork.
-Prze-przepraszam?- zająkała się. Kształt się poruszył i nagle znalazł się w wiązce przedpołudniowego słońca. To co zobaczyła Eladiera, sprawiło, że cała krew odpłynęła z jej twarzy.
            Przystojny wampir o krótkich, ciemnych włosach wgryzał się w szyję jasnowłosej nastolatki, której twarz zbladła jak papier. Eladiera czuła, że zaraz zwymiotuje.
            Wampir odstawił od ust biedną dziewczynę i wyciągnął ją w kierunku Eladierii. Jej wiotkie ciało wisiało bezwładnie w jego morderczym uścisku.
-Łyka?- zapytał wampir, najwyraźniej biorąc ją za jedną z krwiopijców. Elfka, bliska mdłości, wrzasnęła tak głośno, że wampir aż się cofnął. –Nie, to nie! Nie trzeba było tak wrzeszczeć- mruknął i wrócił do swojego posiłku. O ile można tak powiedzieć.
            Eladiera, zzieleniała na twarzy, ruszyła pędem przed siebie na sztywnych nogach, nie patrząc gdzie biegnie.
            Dlatego chwilę później całkowicie straciła orientację w terenie, bo znów znalazła się na ulicy Wyklętych. Z całych sił zmusiła się, by nie panikować. Pomyślała, że wejdzie do najbliższego sklepu i zapyta o ulicę, na której zostawił ją Razmus i Anabelle.
            Tak właśnie chciała zrobić, gdy jej wzrok przykuła słodka papuga w klatce, przy drzwiach pobliskiego sklepu. Miała tak pięknie, kolorowe piórka, że Eladiera nie mogła się nie zatrzymać i popatrzeć na nią z bliska. Dlatego weszła do środka.
-Jakaś ty śliczna!- zawołała, nachylając się nad klatką. Ptak zaskrzeczał i poruszył skrzydłami, jakby ją zrozumiał.
-Krakersik śliczna. Bardzo śliczna!- powtórzył ptak, a Eladiera się zaśmiała. Jaki wspaniały ptak!
            Eladiera nagle spoważniała, przypominając sobie co o elfach mówiła wieczorem Anabelle. Cóż. Może miała odrobinę racji. Ale tylko odrobinę!
-Uwaga, kraksa! Uwaga, kraksa!- zaskrzeczała papuga, machając kolorowymi skrzydłami. Elfka zmarszczyła brwi i odwróciła się gwałtownie, gdy nagle wpadła na coś twardego.
-Au!- krzyknęła zaskoczona. Miała wrażenie, że wpadła na górę lodową. Wyjątkowo ciepłą, gładką i pachnącą górę lodową.
-Przepraszam! Zagapiłem się. Jesteś cała?- zamarła słysząc nad sobą głos. Męski głos. Męski i bardzo przyjemny głos.
            Kiwnęła głową, odgarniając włosy z oczu. Razmus uparł się, by zostawić je rozpuszczone, by zasłaniały jej szpiczaste uszy. Ale szpiczaste uszy były teraz jej najmniejszym problemem.
            Wiedziona ciekawością, uniosła wolno głowę, patrząc na szerokie, umięśnione ramiona w skórzanej kurtce, czarną koszulkę, kostkę do gitary zawieszoną na szyi, trójkątną szczękę, różowe usta, wysokie kości policzkowe i wreszcie te niebieskie, znajome oczy, które teraz przeszywały ją na wskroś.
-Jasper?- wypaliła, unosząc brwi. I zaraz oblała się rumieńcem, bo zdała sobie sprawę, że mógł jej nie pamiętać.
-Eladiera? Myślałem, że już nie spotkam dziewczyny, która dała kosza Deanowi- odparł, uśmiechając się stuwatowym uśmiechem. Pamiętał!
            Eladiera desperackim gestem oparła się o najbliższą półkę, czując jak miękną jej kolana. Do stu Księżyców! Jeszcze żaden chłopak tak na nią nie działał. Nie dobrze.
            Przybrała dobrą minę do złej gry i rozciągnęła usta w uśmiechu. Miała nadzieję, że nie wygląda jak przerośnięta kukiełka.
-Ja też- powiedziała, a Jasper zmarszczył brwi. –Znaczy, myślałam, że już nie spotkam ciebie- rzuciła od razu, czując jak się rumieni. –A nie dziewczyny. Bo ty nie jesteś dziewczyną. Jesteś przystojnym chłopakiem w pełnym tego słowa znaczeniu- zakryła usta dłonią, patrząc dużymi oczami na Jaspera. Miał trochę zdziwioną i rozbawioną minę.
            Brawo Eladiero, właśnie zrobiłaś z siebie idiotkę.
            Zażenowana elfka odwróciła się tyłem do chłopaka, udając, że jest zainteresowana karmą dla królików. Nie poznała jeszcze zaklęcia, które pozwoliłoby jej się zapaść pod ziemię czego aktualnie bardzo żałowała.
-Więc- zagaił Jasper, opierając się o półkę i patrząc na jej profil, gdy ze skupieniem śledziła skład karmy dla królików. –Mieszkasz gdzieś niedaleko?- zapytał, podrzucając w dłoniach gumową piłeczkę dla psów.
-Tak- rzuciła automatycznie. –Znaczy nie- poprawiła się od razu. –Znaczy…- urwała, odstawiając karmę na półkę i zakładając kosmyk włosów za ucho. Ale nagle przypomniała sobie o jej szpiczastych uszach i wyciągnęła włosy z powrotem. Jasper obrzucił ją uważnym spojrzeniem błękitnych oczu. –To skomplikowane- westchnęła, patrząc na Jaspera, ale po chwili odwróciła wzrok, nie mogąc znieść siły jego spojrzenia.
-Okay- odparł w końcu. –Rozumiem, że o to mam nie pytać.
-Nie, po prostu…- Eladiera z westchnieniem odwróciła się do niego, wbijając wzrok w czerwoną kostkę wiszącą na jego piersi. –Jestem w Nowym Jorku od niedawna i tak jakby… się zgubiłam- dokończyła, przygryzając wargę i zdobywając się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy. Rozszerzył je delikatnie w wyrazie zdziwienia.
-Masz przy sobie telefon? Może spróbowałabyś do kogoś zadzwonić i…
-Telefon!- wykrzyknęła Eladiera, czując przypływ ulgi. No jasne! Wystarczy, że zadzwoni do Razmusa (bo nie sądziła żeby Anabelle odebrała), a on po nią przyjdzie i problem z głowy! Dlaczego nie wpadła na to wcześniej?
            Eladiera sprawdziła kieszenie kurtki. Zmarszczyła jednak brwi, gdy nie znalazła komórki. Przeszukała spodnie, buty, nawet stanik i nic! Ani śladu telefonu. To tyle jeśli chodzi o bezpieczny powrót do mieszkania Razmusa.
-Zostawiłam go w tamtej kurtce- jęknęła elfka, przykładając dłoń do czoła i przygryzając wargę. To koniec. Będzie spała na ulicy w kartonach, a ludzie będą rzucać jej drobniaki pod nogi, sądząc, że jest bezdomna. –Teraz skończę na ulicy i będę się bić z bezpańskimi kotami o resztki jedzenia, a Razmus i Bella będą mnie szukać po całym mieście- westchnęła. - No dobra, tylko Razmus- mruknęła, gdy nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Spojrzała zaskoczona na Jaspera, a ten uśmiechnął się do niej dobrodusznie.
-Chętnie pomogę ci znaleźć twoich przyjaciół- zaproponował, a Eladiera rozpromieniła się w jednej chwili. Miała ochotę go uściskać.
-Poważnie?
-Jasne. I tak nie mam nic lepszego do roboty- odparł, wzruszając ramionami. Elfka uśmiechnęła się szeroko na te słowa.

-No to chodźmy!- zawołała i pociągnęła go za sobą.

piątek, 29 maja 2015

Rozdział 6

6.

Titanic i telefon.

    Razmus wbił w nią uważne spojrzenie, obchodząc ją dookoła. Miał zamyśloną minę, ale wzrok przytomny. Gładził się palcem wskazującym po brodzie. Eladiera miała ochotę uciec przed jego spojrzeniem, ale uniosła brodę i zniosła to dzielnie.
-Czyli wygląda na to, że tu utknęłaś- stwierdził w końcu, a elfka uniosła brwi.
-Czyli nigdy nie wrócę do Liman ul Thien?- zapytała z dziwną nutą w głosie. Sama nie mogła stwierdzić, czy była to ulga, czy strach. Razmus podrapał się po głowie i wzruszył ramionami.
-Nie powiedziałbym „nigdy”, ale na razie wiem zbyt mało, by móc cokolwiek stwierdzić. Jest szansa, ale bardzo mała. I nie zanosi się na to, by wzrosła, dopóki nie dowiem się na czym polegał rytuał, który odprawił twój dziadek. Wygląda mi to na starą, elficką magię…- odparł, ponownie tonąc w myślach. Pstryknął palcami, a obok niego pojawiła się półka z grubymi tomami, które wyglądały na stare i potężne.
-A dasz radę to rozgryźć do przesilenia?- zapytała, a Razmus zerknął na nią przelotnie, kartkując jakąś księgę.
-Nie wiem. Może- mruknął, a ona odetchnęła. Uczucie ulgi mieszało się z rozczarowaniem. –Dlaczego pytasz?
-Bo wtedy mam ślub- rzuciła od niechcenia, sięgając po kubek z herbatą. Zdążyła już trochę wystygnąć, ale wciąż smakowała o niebo lepiej od różanych nektarów.
-Doprawdy? Czyj?- zainteresował się czarodziej, sięgając po kolejny opasły tom, oprawiony w czarną, popękaną ze starości skórę. Eladiera pociągnęła łyk letniego napoju i wzruszyła beztrosko ramionami, uśmiechając się.
-Mój- odparła, wyciągając się wygodnie na kanapie. Przez chwilę nikt się nie poruszył. Ale, gdy do Razmusa i Belli dotarł sens jej słów, spojrzeli na nią zaskoczeni. Razmus znad księgi, Bella zza kolorowego czasopisma o modzie.
-Że co?- sapnęła skonsternowana Bella, półleżąc na kanarkowożółtej kanapie.
-Wychodzę za mąż za dwa tygodnie- odparła Eladiera, nie wiedząc co ich tak dziwi. Myślała, że wszyscy Zaklęci o tym wiedzą.
-No tak- mruknął Razmus, kiwając głową. –Nowe Prawo Elfów mówi, że córka króla w wieku siedemnastu lat musi wyjść za mąż- wyglądał raczej jakby mówił do siebie, ale i tak Anabelle spojrzała na niego, unosząc wysoko brwi.
-To zupełnie bez sensu- stwierdziła, nagle dziwnie oburzona. –Ja mam trzysta lat i jeszcze nikt nigdy mi nie powiedział, że muszę wyjść za mąż.
-Bo nie jesteś córką Króla Lasu- odparł Razmus, a Bella uniosła brwi wyżej i wróciła do czytania.
            Anabelle chyba nie była nigdy w poważniejszym związku. A żyła już trzysta lat. To szmat czasu. Eladiera zastanawiała się, czy nie czuje się czasem samotna. W końcu miała przed sobą wieczność. A tak długie życie w pojedynkę wydawało jej się niesamowicie nudne. Choć, wampirzyca miała jeszcze Razmusa. Ale Eladiera nie sądziła, by była z tego powodu jakoś specjalnie zadowolona.
-Jaki on jest?- zapytał nagle czarodziej, wyrywając ją z zamyślenia. Zamrugała kilkakrotnie i spojrzała na niego zdziwiona.
-Kto?
-Twój narzeczony!- Razmus uśmiechnął się szeroko, a ona przygryzła wargę i wzruszyła ramionami, nagle sposępniała.
-W porządku- mruknęła, wbijając wzrok w swoje długie, smukłe palce, którymi skubała rąbek koszuli. –Przyjaźniliśmy się od dziecka.
-Razmustycznie!- zapiał czarodziej, a Bella rzuciła mu mordercze spojrzenie zza gazety. Najwyraźniej nie lubiła tego słowa. –Przystojny?- Eladiera podniosła wzrok na czarodzieja, a widząc jego podekscytowaną minę, westchnęła.
            Pomyślała o wszystkich młodych elfkach, które oglądały się za Limannelem, gdy szedł przez dziedziniec. O jego smukłym i umięśnionym ciele, ciemnych, krótkich włosach, lodowo niebieskich oczach, wysokich kościach policzkowych i uroczym, krzywym nosie.
-Tak. Bardzo- odparła, a Razmus rozpromienił się jeszcze bardziej. O ile to możliwe.
-Moje gratulacje!- zaćwierkał, a Eladiera uśmiechnęła się blado. Nie była pewna, czy istniał powód do radości. Wbiła ponure spojrzenie w kolorową okładkę magazynu Anabelle. Była na niej uśmiechnięta, ładna blondynka z czerwonymi ustami, fikuśną fryzurą, ubrana w dziwaczną sukienkę i jeszcze dziwniejsze buty. Ludzka moda jest dość… oryginalna.
            Razmus najwyraźniej zauważył zmianę w jej nastroju.
-Dlaczego się nie cieszysz? Nie chcesz go poślubić?- zapytał, prześwietlając ją spojrzeniem błękitnych oczu. Eladiera zaczęła gryźć wewnętrzną część policzka.
-Nie, nie chcę- wyrzuciła z siebie, wypuszczając powietrze z płuc. Razmus spojrzał na nią zaciekawiony, a Bella zesztywniała, nasłuchując zza gazety.
-Jest jakiś inny?- Eladiera oburzyła się na słowa czarodzieja i poczerwieniała na policzkach. Z niewiadomych powodów nagle pomyślała o Jasperze. Zrumieniła się jeszcze bardziej.
-Co? Nie, skąd! Ja…
-A jednak! Wiedziałem!- Razmus klasną w dłonie z triumfalną miną. Bella odłożyła gazetę na stolik do kawy i przyglądała im się teraz zaciekawiona. Najwyraźniej stwierdziła, że to jest ciekawsze.
-Nie ma nikogo innego!
-Więc dlaczego wyglądasz jak przerośnięty pomidor?- ciemna brew czarodzieja poszybowała wysoko, wraz z kącikami różowych ust.
-To nie ma nic do rzeczy!
-Właśnie, że ma!
-Wcale n…
-I ty doskonale o tym wiesz!- Razmus wszedł jej w słowo, a Eladiera urwała, zaskoczona. Zamrugała kilka razy, nie wiedząc co powiedzieć. Przecież to niedorzeczność! W kim miałaby się niby zakochać? W Jasperze? Prawie go nie znała. W sumie, to wcale go nie znała. Wiedziała tylko, że ma na imię Jasper (chyba) i gra w zespole.
             Eladiera westchnęła i z miną naburmuszonej pięciolatki, wbiła wzrok w szklany stolik do kawę. Czuła, że nie ma sensu dalej się kłócić z czarodziejem.
-Nie chcę wychodzić za Limannela, bo go nie kocham w ten sposób. Tyle- mruknęła, czując na sobie uważne spojrzenia dwójki jej towarzyszy.
-No dobrze- rzekł w końcu czarodziej, przerywając ciszę. –Powiedzmy, że na razie mogę przyjąć taką wersję wydarzeń.
~~~
            Razmus i Anabelle zostawili ją samą w domu, bo „musieli coś załatwić” Ale wychodząc włączyli jej coś co nazwali „telewizorem”, a Eladiera patrzyła jak zaczarowana na ruszające się obrazy w płaskim, czarnym pudełku. Nie mogła się temu nadziwić. Jak włożyli ludzi do czegoś tak małego? To musi być z pewnością jakiś rodzaj magii Razmusa.
~~~
            Jakieś cztery godziny i kilka tuzinów chusteczek higienicznych później, czarodziej i wampirzyca wrócili do mieszkania. W salonie, pod kupą zużytych chusteczek i kolorowym kocykiem, zastali Eladierę, która pociągając nosem, rzuciła w telewizor chusteczką, krzycząc:
-Morderczyni! Przecież oboje byście się zmieścili!- Razmus pstryknięciem palcy wyłączył telewizor, a Bella rzuciła się na kanapę, od razu tonąc w mokrych chusteczkach.
-Ohyda- mruknęła, krzywiąc się. –Mówiłam, że zostawianie jej samej było złym pomysłem- odparła, unosząc zużytą chusteczkę i patrząc znacząco na Razmusa. Ten wywrócił oczami, podszedł do elfki i poklepał ją pocieszająco po plecach.
-No już. To tylko film. Nie płacz biszkopciku- mruczał, głaszcząc elfkę po plecach z czułością, a ona po chwili się uspokoiła i wytarła nos.
-Przepraszam. Czasem mam problem z panowaniem nad emocjami- wymamrotała Eladiera, mnąc chusteczkę w dłoniach.
-Mówiłam. Świ-ruuu-ska!- szepnęła Bella na tyle głośno, że wszyscy ją usłyszeli. Razmus spiorunował ją spojrzeniem, a ona uniosła brwi w obronnym geście i, przeżuwając leniwie gumę w ustach, włączyła telewizor. Eladiera po raz kolejny zastanawiała jakim cudem Razmus wytrzymuje na co dzień z Anabelle. To musi być bardzo trudne.
-Mam coś dla ciebie- odparł nagle czarodziej, a ona spojrzała na niego zaciekawiona.
-Dla mnie?
-Tak. Prezent- przytaknął, a potem wręczył jej małe, ciemne pudełko. –Wygląda na to że zostaniesz tu jakiś czas, więc pomyślałem, że ci się przyda- wyjaśnił, a Eladiera patrzyła przez chwilę na pudełko, potem podniosła wzrok na Razmusa.
-Buchnąłeś to ze sklepu?- zapytała, a Razmus się obruszył.
-Jestem znanym, szanowanym i dobrze zarabiającym czarodziejem- powiedział. -Oczywiście, że buchnąłem to ze sklepu!- fuknął, a Eladiera jeszcze przez chwilę na niego patrzyła. Potem zajrzała do środka. W pudełku było małe, lśniące, ciemne lusterko. Wyciągnęła je i przyjrzała się swojemu odbiciu, niepewna co ma z tym czymś zrobić. Odwróciła to w dłoni i zobaczyła, że z tyłu jest białe, gładkie, z czarnym kółkiem u góry. Cóż to takiego? –Pozwoliłem sobie wpisać nasze numery- Eladiera posłała mu lekki uśmiech i ponownie wbiła wzrok w tajemniczy przedmiot. Po chwili intensywnego myślenia nadal nie wiedziała do czego to może służyć. Westchnęła z rezygnacją.
-Dziękuję, ale… co to jest?- zapytała, Razmus przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, a  potem klepnął się w czoło, jakby o czymś sobie przypomniał.
-No tak. Elfy nie znają ludzkiej technologii- mruknął pod nosem, jakby do siebie, a potem wyciągnął z kieszeni marynarki podobne urządzenie do tego, które trzymała Eladiera. Z tym, że jego było błękitne. –Okej, szybka lekcja. To telefon. Służy do komunikowania się z innymi na odległość. Coś jak listy, tylko w wersji nowoczesnej- wyjaśnił, stukając szybko w ekran, który zaczął świecić. –Teraz do ciebie zadzwonię, a ty odbierzesz- dodał, przyłożył telefon do ucha, a po chwili ten Eladierii zaczął wibrować, świecić i grać w jej dłoni. Na ekranie pojawiło się zdjęcie uśmiechniętego Razmusa. Spojrzała pytająco na czarodzieja. –Dobrze. Teraz przeciągnij zieloną słuchawką po ekranie, przyłóż do ucha, tak jak ja, i powiedz „halo”- elfka wykonała wszystkie jego polecenia z wahaniem.
-Halo?
-Doskonale ci idzie!- pochwalił ją, czarodziej, a ona drgnęła, słysząc jego głos w telefonie.
-Diabelskie urządzenie!- krzyknęła i, nie myśląc wiele, rzuciła telefonem o podłogę, a on rozpadł się na kawałki. Bella wybuchnęła głośnym śmiechem. Razmus westchnął, patrząc na rozbity telefon. –Przepraszam. Poniosło mnie- wymamrotała, a czarodziej ponownie westchnął, machnął palcami, a telefon, cały i zdrowy pojawił się w dłoni Eladierii.
-Okej. Jeszcze raz. Tylko spokojnie- i tak zaczęła się długa lekcja obsługi telefonu komórkowego.
~~~
            -Myślę, że mój stary przyjaciel, Xercon, będzie wiedział coś więcej na temat starej elfickiej magii. Jutro do niego pójdziemy- powiedział Razmus, wymachując drewnianymi pałeczkami na prawo i lewo.
            Siedzieli przy stole, jedząc kolację. Razmus zamówił coś, co nazwał chińszczyzną, twierdząc, że Eladiera musi tego spróbować. Ale ona nie czuła się jakoś przekonana, patrząc na parujące jedzenie z kartoników i drewniane pałeczki, które miały posłużyć jej jako sztućce. Elfy nigdy nie jadły chińszczyzny. Elfy wolały leśne owoce i świeże warzywa.
            Eladiera nabiła na pałeczkę sajgonka i powąchała go, niepewna.
-Spokojnie, nie ma w nim mięsa. To wersja wegetariańska. Ciasto i warzywa- odparł Razmus, a elfka czując bulgotanie w żołądku, wpakowała całą kluskę do ust. –Wracając do Xercona, sądzę, że posiada on księgi, które są niezbędne do odwrócenia czaru Olliminela i wysłania cię z powrotem do Liman ul Thien. Myślę, że nie potrwa to dłużej, niż kilka dni.
-Nafafdę?- zapytała Eladiera z pełnymi ustami, czując przypływ nadziei . Może to zachowanie nie przystoi księżniczce, ale co tam. Była w Nowym Jorku z dala od karcącego spojrzenia ojca.
-Znając życie, coś pójdzie nie tak i nasza elficka księżniczka utknie tu na dłużej- mruknęła Bella, pociągając spory łyk ciemnobrązowego płynu ze swojego kieliszka. Razmus wywrócił oczami.
-Czy ty zawsze musisz być taką dołującą pesymistką?
-Czy ty zawsze musisz być takim denerwującym optymistą?- odwarknęła, eksponując kły zabarwione krwią. Czarodziej zmarszczył brwi, a powietrze wokół niego zafalowało, błyskając iskrami. Eladiera przełknęła czym prędzej sajgonka i zmieniła temat.
-Czyli jutro pokażecie mi Nowy Jork?- zapytała, a tamta dwójka spojrzała na nią, unosząc brwi. Zmieszała się odrobinę, ale nie dała tego po sobie poznać. Uniosła podbródek. –Skoro już tu jestem, to chciałabym zobaczyć jak wygląda to ludzkie miasto. Nie możecie mnie przez cały czas trzymać zamkniętą w mieszkaniu- dodała, wytrzymując dzielnie ich spojrzenia. Pierwszy złamał się Razmus. Z ich dwojga to Anabelle była tym obojętnym, męskim pierwiastkiem.
-No dobrze. Chętnie pokażę ci parę ciekawych miejsc- zgodził się, obdarzając ją uśmiechem. Eladiera odpowiedziała tym samym.
-Jesteś pewien, że to dobry pomysł? W końcu to elf, a one bywają narwane- odparła Bella, mieszając krew w kieliszku. Razmus skarcił ją spojrzeniem. –No co? To prawda. „Ojej, motylek! Ojej, sarenka! Ojej, skunks! Ojej, kaczuszka! Ojej, stokrotka!” Ugh. Rzygać się chce- mruknęła, krzywiąc się. Razmus wykonał ledwo widoczny ruch palcem wskazującym i reszta krwi z kieliszka Belli chlupnęła jej w twarz. Ta spojrzała na niego wściekła. Czarodziej, nie zwracając uwagi na zdenerwowaną wampirzycę, która patrzyła na niego, jakby chciała go zabić gołymi rękoma, odwrócił się do Eladierii z promiennym uśmiechem.
-Oczywiście, że jestem pewien, że to dobry pomysł- odparł. –Bo co niby może się stać?
            No właśnie. To dobre pytanie. Ale Razmus jako Wielki Czarodziej Brooklynu powinien wiedzieć co się stanie i przewidzieć, że lepiej było zostawić Eladierę w domu. 

_______________________________________________________________

Dziękuję, za uwagę. Mam nadzieję, że się podobało. Nie wiem kiedy pojawi się następny. Miejmy nadzieję, że niebawem.
Trzymajcie się!
xoxo

środa, 15 kwietnia 2015

Rozdział 5



5.

Razmus Presto.

Anabelle zaparkowała pod dużym ceglanym budynkiem, który równie dobrze mógł być sklepem jak i fabryką. Znajdował się trochę na uboczu, ale wcale nie wyglądał jakby ludzie do niego rzadko przychodzili. Wręcz przeciwnie. Po drodze minęły chyba z tysiąc znaków z podobizną wysokiego i szczupłego blondyna, który uśmiechając się, mówił: „Razmustycznie!”. Raz wydawało jej się nawet, że do niej mrugnął.
-Jesteśmy na miejscu. Wysiadaj- poleciła jej Bella, wyciągając kluczyki i zgarniając swoją torebkę z tylnego siedzenia. Eladiera poszła w jej ślady i zadarła głowę, patrząc w górę budynku. Miał dużo prostokątnych okien. Z szybami.
-Gdzie my właściwie jesteśmy?- zapytała, patrząc na wampirzycę, która wspinała się po schodach do ciężkich, metalowych drzwi.
-W posiadłości Wielkiego Projektanta Brooklynu Razmusa Presto- odparła z przesadnym entuzjazmem, a po chwili zniknęła za drzwiami. Eladiera uznała, że Bella nie przepada za Razmusem. Kimkolwiek był. Choć pewnie nie trzeba wiele, by podpaść Anabelle. Nie sprawia wrażenia otwartej, przyjaznej osoby. Wygląda raczej na sarkastyczną, silną, lubiącą się rządzić wariatkę. –Idziesz, czy będziesz tu sterczeć przez całą noc i gapić się jak idiotka na szyby w oknach?- mruknęła, z krzywą miną wychylając się zza drzwi. Eladiera westchnęła.
-Idę- mruknęła i ruszyła schodami w górę.
~~~
            Eladiera sama nie wie czego spodziewała się po mieszkaniu Wielkiego Projektanta Brooklynu. Ale na pewno nie tego co zastała, wchodząc za Bellą do mieszkania Razmusa Presto.
            Wysokie, białe sufity, z których zwisały czarne żyrandole z krojonego szkła, ogromne okna od sufitu do podłogi zasłonięte teraz kotarami w krzykliwych kolorach, ukazywały widok na ludzkie miasto, podłoga w czarno-białą szachownicę, krwistoczerwona kanapa w kształcie kobiecych ust, ogromny, płaski, czarny prostokąt przyczepiony do ściany, żółty stolik do kawy, jasnozielone meble w kuchni i błękitny stół z kolorowymi, wściekle różowymi krzesłami w jadalni. Od tych wszystkich jasnych, intensywnych kolorów bolały ją oczy.
            Bella powiesiła kurtkę na haczyku przy wejściu i wskazała na korytarz w drugim końcu salonu.
-Drugie drzwi po prawej. Rozgość się. Widzimy się rano- odparła i podążyła w kierunku drugiego korytarza. Eladiera niepewnie rozejrzała się po mieszkaniu.
-A gdzie ten Wielki Projektant? Nie powinno go tu być?- zapytała, a Anabelle zatrzymała się i obejrzała się na nią przez ramię, szczerząc białe zęby w upiornym uśmiechu. Wysunęła kły, a jej oczy pociemniały, więc nie wyglądała jak ktoś chętny do rozmowy.
-Właśnie imprezuje gdzieś w centrum Manhattanu- odparła, a potem zmarszczyła brwi i ruszyła przed siebie. -Jak tylko go dorwę, to skopie ten jego chudy tyłek- mruknęła do siebie, i choć Eladiera znała ją bardzo krótko, wcale w to nie wątpiła.
            Po chwili usłyszała trzaśnięcie drzwiami i westchnęła. Nagle dopadło ją zmęczenie. Spojrzała na fikuśny zegar wiszący  na ścianie między korytarzami. Wskazywał północ.  Cóż. Najwyższy czas się położyć.
            Elfka przeciągnęła się sennie, ciesząc się z tej odrobiny swobody, gdy nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby uznać jej zachowanie za nietaktowne, i ruszyła do sypialni, którą wskazała jej Bella.
            Otworzyła białe drzwi, a widząc lawendowe ściany i delikatne, dziewczęce białe meble uśmiechnęła się pod nosem.
            Zdziwiła się, dostrzegając na łóżku, złożoną w idealną kostkę, piżamę w fioletową kratę. Wzięła ją i po chwili zauważyła kolejne białe drzwi. A widząc za nimi łazienkę, ziewnęła przeciągle i wzięła prysznic, mając małe problemy z obsłużeniem ludzkiego sprzętu.
~~~
            Koło południa obudziły ją podniesione głosy.
-Wstawaj cymbale! Już południe!- krzyknęła Anabelle, gdzieś z wnętrza mieszkania. Odpowiedział jej jakiś stłumiony głos. –Nie obchodzi mnie, że wróciłeś dopiero o siódmej. Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. Doskonale wiedziałeś jak wygląda sytuacja!- umilkła na chwilę. –Na litość boską, Razmusie! Masz sześćset lat, a zachowujesz się jak smarkacz!- ryknęła Bella, a po chwili Eladiera usłyszała huk i jęknięcie. Wykrzywiła się. Anabelle nie należała do cierpliwych wampirów.
            Brunetka usiadła na łóżku i przetarła sennie oczy. Popołudniowe promienie słońca wpadały do jej pokoju, sprawiając, że wydawał się jeszcze jaśniejszy.
-A teraz marsz do łazienki i weź prysznic! Cuchniesz- fuknęła wampirzyca, a elfka westchnęła. Zrobiło jej się żal Razmusa chociaż go nie znała. Ale wyglądało na to, że on znał Anabelle. I to całkiem nieźle, skoro razem mieszkali. Biedaczek.
            Eladiera przeciągnęła się jak kotka, zeskoczyła z łóżka i poczłapała do łazienki.
~~~
            W szafie znalazła ubrania w jej rozmiarze. Zdziwiła się. Zupełnie jakby ktoś spodziewał się jej obecności już od jakiegoś czasu.
            Ubrana w dżinsy, koszulkę w kwiatki i czerwone trampki, weszła do kuchni. Długie, czarne, kręcone włosy podskakiwały rozkosznie, związane w wysoką kitkę. Duże, brązowe oczy, otoczone tysiącem ciemnych, długich rzęs iskrzyły się radośnie. Ładne, różowe usta wygięte były w słodkim uśmiechu. Śliczna, delikatna twarz szklanej laleczki promieniała, mimo swojej bladości. Wysokie kości policzkowe, szpiczaste uszy, trójkątny podbródek, wyraźna linia szczęki i wdzięczna, długa szyja były teraz wyjątkowo wyeksponowane, gdy nie zasłaniały ich gęste włosy.
            Eladiera poruszała się z gracją i wdziękiem, choć pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy.  Mimo szoku jaki przeżyła wczorajszego wieczoru wyglądała idealnie. Nieskazitelnie. I była tak irytująco radosna, że chciało się jej założyć worek na głowę, by nie musieć oglądać tej entuzjastycznej, pięknej twarzyczki.
            Była elfem. A to było widać z daleka.
-Dzień dobry- przywitała się, obdarzając promiennym uśmiechem Bellę, która posępniała schylała się nad gazetą, siedząc przy stole i popijając ciemny, aromatyczny płyn z kubka.
-Bry- mruknęła, nie zaszczycając jej spojrzeniem. Ubrana była w czarne, obcisłe spodnie i czerwoną bawełnianą koszulkę z dekoltem. Jej falowane, ciemne włosy były rozpuszczone. Na palcach miała dużo pierścionków, nadgarstki zdobiły srebrne bransoletki, a na stopach miała ciężkie, czarne, wysokie buty.
            Eladiera stanęła przy blacie, wąchając talerz naleśników.
-To dla mnie?- zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi. Westchnęła i zabrała się za jedzenie. –Słyszałam jak rano na kogoś krzyczałaś. To Razmus, prawda?- zapytała, między kolejnymi kęsami, zerkając na Bellę, zaczytaną w gazecie. Ta odstawiła kubek na stół i zasłoniła się gazetą, uciekając przed dalszymi spojrzeniami elfa i jej pytaniami. Eladiera wzruszyła ramionami i wróciła do jedzenia. –Napiłabym się herbaty- westchnęła po chwili, raczej do siebie, bo Anabelle zupełnie ją ignorowała. I nagle, ku jej zdziwieniu, na blacie, zaraz obok pustego już talerza, pojawił się kubek ciepłej herbaty. Uniosła brwi. –Widziałaś?- zapytała, odwracając się do wampirzycy, ale widząc gazetę, zmarszczyła brwi. –Zbyt rozmowna, to ty nie jesteś, co?
-Ani zbyt miła i wychowana- usłyszała za sobą męski głos i, robiąc zdziwioną minę, spojrzała na nowoprzybyłego. Bella zrobiła to samo, tyle, że jej spojrzenie nie było takie przyjazne.
            Był wysoki i szczupły, o długich, patyczkowatych nogach i szerokich barkach. Ubrany w elegancki, ciemny garnitur, co dziwniejsze, w zwyczajny poranek, stojąc w kuchni, nie wyglądał w nim na przesadnie wystrojonego. Miał krótkie, jasne włosy, ułożone teraz w wymyślny sposób (wyglądały jakby to porywisty wiatr je układał i może tak właśnie było), jasną cerę, wysokie kości policzkowe, podejrzanie różowe i błyszczące usta, wygięte teraz w uśmieszku, w jego uszach lśniły diamentowe kolczyki, dziwnie niebieskie i długie rzęsy okalały błękitne oczy tak jasne, że wyglądały na sztuczne.
I te wężowe źrenice.
-Witaj Eladieru. To zaszczyt cię poznać. Zawsze lubiłem elfy- odparł, a elfka zamrugała kilkakrotnie, nie mogąc ukryć zdziwienia. Przez chwilę wydawało jej się, że mężczyzna miał cienki język z rozczepionymi końcami, jak wąż. –Jestem Razmus Presto, Wielki Projektant Brooklynu- przedstawił się, wyciągając do niej gładką dłoń o długich palcach i pomalowanych na niebiesko paznokciach. Eladiera odruchowo podała mu rękę, sądząc, że przywita ją jak Jasper wczorajszego wieczoru, ale on schylił się i delikatnie dotknął ustami grzbietu jej dłoni.
A potem stało się coś dziwnego.
Razmus wysunął język o rozczepionych końcach i zasyczał cicho. Eladiera cofnęła dłoń, zdumiona.
-Czuję na tobie wyraźny zapach człowieka- mruknął, odwracając się w stronę Belli, która westchnęła i odłożyła gazetę na stół. Eladiera zauważyła delikatny zarys łusek na jego szyi.
-Znalazłam ją wczoraj na imprezie u Wyklętego nastolatka. Nie wykluczone, że wcześniej miała z jakimś kontakt. Pełno ich tam było. Jak mrówków- odparła wampirzyca, a Razmus się wykrzywił.
-Anabelle, moja droga, w dwudziestym pierwszym wieku nikt już nie mówi „mrówków”- zauważył, a Bella spojrzała na niego, jakby go nie widziała i wróciła do czytania. Razmus pokręcił głową i, jakby nagle przypomniał sobie o obecności Eladierii, spojrzał na nią, uśmiechając się przepraszająco. –Więc, Eladiero, co cię sprowadza do Nowego Jorku?
-Eee…- elfka zająkała się, nie za bardzo wiedząc od czego zacząć. –To długa historia- na te słowa Razmus się rozpromienił.
-Razmustycznie!- wykrzyknął, a Eladiera mogłaby przysiąść, że Bella jęknęła cicho zza gazety.
            Nagle Razmus pstryknął palcami, a oni znaleźli się w salonie, siedząc na miękkiej czerwonej kanapie w kształcie ust. Eladiera ze zdziwieniem zorientowała się, że trzyma w dłoniach kubek herbaty, choć go nie brała.
            Razmus rozsiadł się wygodnie, patrząc na nią wyczekująco, a filiżanka z kawą i łyżeczką, która sama mieszała napój, lewitowała koło jego głowy.
            Nagle Eladiera pojęła dziwny wygląd Razmusa, jego dziwne zachowanie i dziwaczny wystrój mieszkania.
Razmus był czarodziejem.
I to w dodatku Wielkim Czarodziejem Brooklynu.
Czymkolwiek ten Brooklyn był.
-No, biszkopciku, opowiadaj- zachęcił ją czarodziej, uśmiechając się w sposób, który Eladierii przywiódł na myśl węża. I naprawdę nie wiedziała dlaczego nazwał ją biszkopcikiem.
            Więc wzięła głęboki wdech i opowiedziała. 

_________________________________________________________________

No. To cześć.