piątek, 29 maja 2015

Rozdział 6

6.

Titanic i telefon.

    Razmus wbił w nią uważne spojrzenie, obchodząc ją dookoła. Miał zamyśloną minę, ale wzrok przytomny. Gładził się palcem wskazującym po brodzie. Eladiera miała ochotę uciec przed jego spojrzeniem, ale uniosła brodę i zniosła to dzielnie.
-Czyli wygląda na to, że tu utknęłaś- stwierdził w końcu, a elfka uniosła brwi.
-Czyli nigdy nie wrócę do Liman ul Thien?- zapytała z dziwną nutą w głosie. Sama nie mogła stwierdzić, czy była to ulga, czy strach. Razmus podrapał się po głowie i wzruszył ramionami.
-Nie powiedziałbym „nigdy”, ale na razie wiem zbyt mało, by móc cokolwiek stwierdzić. Jest szansa, ale bardzo mała. I nie zanosi się na to, by wzrosła, dopóki nie dowiem się na czym polegał rytuał, który odprawił twój dziadek. Wygląda mi to na starą, elficką magię…- odparł, ponownie tonąc w myślach. Pstryknął palcami, a obok niego pojawiła się półka z grubymi tomami, które wyglądały na stare i potężne.
-A dasz radę to rozgryźć do przesilenia?- zapytała, a Razmus zerknął na nią przelotnie, kartkując jakąś księgę.
-Nie wiem. Może- mruknął, a ona odetchnęła. Uczucie ulgi mieszało się z rozczarowaniem. –Dlaczego pytasz?
-Bo wtedy mam ślub- rzuciła od niechcenia, sięgając po kubek z herbatą. Zdążyła już trochę wystygnąć, ale wciąż smakowała o niebo lepiej od różanych nektarów.
-Doprawdy? Czyj?- zainteresował się czarodziej, sięgając po kolejny opasły tom, oprawiony w czarną, popękaną ze starości skórę. Eladiera pociągnęła łyk letniego napoju i wzruszyła beztrosko ramionami, uśmiechając się.
-Mój- odparła, wyciągając się wygodnie na kanapie. Przez chwilę nikt się nie poruszył. Ale, gdy do Razmusa i Belli dotarł sens jej słów, spojrzeli na nią zaskoczeni. Razmus znad księgi, Bella zza kolorowego czasopisma o modzie.
-Że co?- sapnęła skonsternowana Bella, półleżąc na kanarkowożółtej kanapie.
-Wychodzę za mąż za dwa tygodnie- odparła Eladiera, nie wiedząc co ich tak dziwi. Myślała, że wszyscy Zaklęci o tym wiedzą.
-No tak- mruknął Razmus, kiwając głową. –Nowe Prawo Elfów mówi, że córka króla w wieku siedemnastu lat musi wyjść za mąż- wyglądał raczej jakby mówił do siebie, ale i tak Anabelle spojrzała na niego, unosząc wysoko brwi.
-To zupełnie bez sensu- stwierdziła, nagle dziwnie oburzona. –Ja mam trzysta lat i jeszcze nikt nigdy mi nie powiedział, że muszę wyjść za mąż.
-Bo nie jesteś córką Króla Lasu- odparł Razmus, a Bella uniosła brwi wyżej i wróciła do czytania.
            Anabelle chyba nie była nigdy w poważniejszym związku. A żyła już trzysta lat. To szmat czasu. Eladiera zastanawiała się, czy nie czuje się czasem samotna. W końcu miała przed sobą wieczność. A tak długie życie w pojedynkę wydawało jej się niesamowicie nudne. Choć, wampirzyca miała jeszcze Razmusa. Ale Eladiera nie sądziła, by była z tego powodu jakoś specjalnie zadowolona.
-Jaki on jest?- zapytał nagle czarodziej, wyrywając ją z zamyślenia. Zamrugała kilkakrotnie i spojrzała na niego zdziwiona.
-Kto?
-Twój narzeczony!- Razmus uśmiechnął się szeroko, a ona przygryzła wargę i wzruszyła ramionami, nagle sposępniała.
-W porządku- mruknęła, wbijając wzrok w swoje długie, smukłe palce, którymi skubała rąbek koszuli. –Przyjaźniliśmy się od dziecka.
-Razmustycznie!- zapiał czarodziej, a Bella rzuciła mu mordercze spojrzenie zza gazety. Najwyraźniej nie lubiła tego słowa. –Przystojny?- Eladiera podniosła wzrok na czarodzieja, a widząc jego podekscytowaną minę, westchnęła.
            Pomyślała o wszystkich młodych elfkach, które oglądały się za Limannelem, gdy szedł przez dziedziniec. O jego smukłym i umięśnionym ciele, ciemnych, krótkich włosach, lodowo niebieskich oczach, wysokich kościach policzkowych i uroczym, krzywym nosie.
-Tak. Bardzo- odparła, a Razmus rozpromienił się jeszcze bardziej. O ile to możliwe.
-Moje gratulacje!- zaćwierkał, a Eladiera uśmiechnęła się blado. Nie była pewna, czy istniał powód do radości. Wbiła ponure spojrzenie w kolorową okładkę magazynu Anabelle. Była na niej uśmiechnięta, ładna blondynka z czerwonymi ustami, fikuśną fryzurą, ubrana w dziwaczną sukienkę i jeszcze dziwniejsze buty. Ludzka moda jest dość… oryginalna.
            Razmus najwyraźniej zauważył zmianę w jej nastroju.
-Dlaczego się nie cieszysz? Nie chcesz go poślubić?- zapytał, prześwietlając ją spojrzeniem błękitnych oczu. Eladiera zaczęła gryźć wewnętrzną część policzka.
-Nie, nie chcę- wyrzuciła z siebie, wypuszczając powietrze z płuc. Razmus spojrzał na nią zaciekawiony, a Bella zesztywniała, nasłuchując zza gazety.
-Jest jakiś inny?- Eladiera oburzyła się na słowa czarodzieja i poczerwieniała na policzkach. Z niewiadomych powodów nagle pomyślała o Jasperze. Zrumieniła się jeszcze bardziej.
-Co? Nie, skąd! Ja…
-A jednak! Wiedziałem!- Razmus klasną w dłonie z triumfalną miną. Bella odłożyła gazetę na stolik do kawy i przyglądała im się teraz zaciekawiona. Najwyraźniej stwierdziła, że to jest ciekawsze.
-Nie ma nikogo innego!
-Więc dlaczego wyglądasz jak przerośnięty pomidor?- ciemna brew czarodzieja poszybowała wysoko, wraz z kącikami różowych ust.
-To nie ma nic do rzeczy!
-Właśnie, że ma!
-Wcale n…
-I ty doskonale o tym wiesz!- Razmus wszedł jej w słowo, a Eladiera urwała, zaskoczona. Zamrugała kilka razy, nie wiedząc co powiedzieć. Przecież to niedorzeczność! W kim miałaby się niby zakochać? W Jasperze? Prawie go nie znała. W sumie, to wcale go nie znała. Wiedziała tylko, że ma na imię Jasper (chyba) i gra w zespole.
             Eladiera westchnęła i z miną naburmuszonej pięciolatki, wbiła wzrok w szklany stolik do kawę. Czuła, że nie ma sensu dalej się kłócić z czarodziejem.
-Nie chcę wychodzić za Limannela, bo go nie kocham w ten sposób. Tyle- mruknęła, czując na sobie uważne spojrzenia dwójki jej towarzyszy.
-No dobrze- rzekł w końcu czarodziej, przerywając ciszę. –Powiedzmy, że na razie mogę przyjąć taką wersję wydarzeń.
~~~
            Razmus i Anabelle zostawili ją samą w domu, bo „musieli coś załatwić” Ale wychodząc włączyli jej coś co nazwali „telewizorem”, a Eladiera patrzyła jak zaczarowana na ruszające się obrazy w płaskim, czarnym pudełku. Nie mogła się temu nadziwić. Jak włożyli ludzi do czegoś tak małego? To musi być z pewnością jakiś rodzaj magii Razmusa.
~~~
            Jakieś cztery godziny i kilka tuzinów chusteczek higienicznych później, czarodziej i wampirzyca wrócili do mieszkania. W salonie, pod kupą zużytych chusteczek i kolorowym kocykiem, zastali Eladierę, która pociągając nosem, rzuciła w telewizor chusteczką, krzycząc:
-Morderczyni! Przecież oboje byście się zmieścili!- Razmus pstryknięciem palcy wyłączył telewizor, a Bella rzuciła się na kanapę, od razu tonąc w mokrych chusteczkach.
-Ohyda- mruknęła, krzywiąc się. –Mówiłam, że zostawianie jej samej było złym pomysłem- odparła, unosząc zużytą chusteczkę i patrząc znacząco na Razmusa. Ten wywrócił oczami, podszedł do elfki i poklepał ją pocieszająco po plecach.
-No już. To tylko film. Nie płacz biszkopciku- mruczał, głaszcząc elfkę po plecach z czułością, a ona po chwili się uspokoiła i wytarła nos.
-Przepraszam. Czasem mam problem z panowaniem nad emocjami- wymamrotała Eladiera, mnąc chusteczkę w dłoniach.
-Mówiłam. Świ-ruuu-ska!- szepnęła Bella na tyle głośno, że wszyscy ją usłyszeli. Razmus spiorunował ją spojrzeniem, a ona uniosła brwi w obronnym geście i, przeżuwając leniwie gumę w ustach, włączyła telewizor. Eladiera po raz kolejny zastanawiała jakim cudem Razmus wytrzymuje na co dzień z Anabelle. To musi być bardzo trudne.
-Mam coś dla ciebie- odparł nagle czarodziej, a ona spojrzała na niego zaciekawiona.
-Dla mnie?
-Tak. Prezent- przytaknął, a potem wręczył jej małe, ciemne pudełko. –Wygląda na to że zostaniesz tu jakiś czas, więc pomyślałem, że ci się przyda- wyjaśnił, a Eladiera patrzyła przez chwilę na pudełko, potem podniosła wzrok na Razmusa.
-Buchnąłeś to ze sklepu?- zapytała, a Razmus się obruszył.
-Jestem znanym, szanowanym i dobrze zarabiającym czarodziejem- powiedział. -Oczywiście, że buchnąłem to ze sklepu!- fuknął, a Eladiera jeszcze przez chwilę na niego patrzyła. Potem zajrzała do środka. W pudełku było małe, lśniące, ciemne lusterko. Wyciągnęła je i przyjrzała się swojemu odbiciu, niepewna co ma z tym czymś zrobić. Odwróciła to w dłoni i zobaczyła, że z tyłu jest białe, gładkie, z czarnym kółkiem u góry. Cóż to takiego? –Pozwoliłem sobie wpisać nasze numery- Eladiera posłała mu lekki uśmiech i ponownie wbiła wzrok w tajemniczy przedmiot. Po chwili intensywnego myślenia nadal nie wiedziała do czego to może służyć. Westchnęła z rezygnacją.
-Dziękuję, ale… co to jest?- zapytała, Razmus przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, a  potem klepnął się w czoło, jakby o czymś sobie przypomniał.
-No tak. Elfy nie znają ludzkiej technologii- mruknął pod nosem, jakby do siebie, a potem wyciągnął z kieszeni marynarki podobne urządzenie do tego, które trzymała Eladiera. Z tym, że jego było błękitne. –Okej, szybka lekcja. To telefon. Służy do komunikowania się z innymi na odległość. Coś jak listy, tylko w wersji nowoczesnej- wyjaśnił, stukając szybko w ekran, który zaczął świecić. –Teraz do ciebie zadzwonię, a ty odbierzesz- dodał, przyłożył telefon do ucha, a po chwili ten Eladierii zaczął wibrować, świecić i grać w jej dłoni. Na ekranie pojawiło się zdjęcie uśmiechniętego Razmusa. Spojrzała pytająco na czarodzieja. –Dobrze. Teraz przeciągnij zieloną słuchawką po ekranie, przyłóż do ucha, tak jak ja, i powiedz „halo”- elfka wykonała wszystkie jego polecenia z wahaniem.
-Halo?
-Doskonale ci idzie!- pochwalił ją, czarodziej, a ona drgnęła, słysząc jego głos w telefonie.
-Diabelskie urządzenie!- krzyknęła i, nie myśląc wiele, rzuciła telefonem o podłogę, a on rozpadł się na kawałki. Bella wybuchnęła głośnym śmiechem. Razmus westchnął, patrząc na rozbity telefon. –Przepraszam. Poniosło mnie- wymamrotała, a czarodziej ponownie westchnął, machnął palcami, a telefon, cały i zdrowy pojawił się w dłoni Eladierii.
-Okej. Jeszcze raz. Tylko spokojnie- i tak zaczęła się długa lekcja obsługi telefonu komórkowego.
~~~
            -Myślę, że mój stary przyjaciel, Xercon, będzie wiedział coś więcej na temat starej elfickiej magii. Jutro do niego pójdziemy- powiedział Razmus, wymachując drewnianymi pałeczkami na prawo i lewo.
            Siedzieli przy stole, jedząc kolację. Razmus zamówił coś, co nazwał chińszczyzną, twierdząc, że Eladiera musi tego spróbować. Ale ona nie czuła się jakoś przekonana, patrząc na parujące jedzenie z kartoników i drewniane pałeczki, które miały posłużyć jej jako sztućce. Elfy nigdy nie jadły chińszczyzny. Elfy wolały leśne owoce i świeże warzywa.
            Eladiera nabiła na pałeczkę sajgonka i powąchała go, niepewna.
-Spokojnie, nie ma w nim mięsa. To wersja wegetariańska. Ciasto i warzywa- odparł Razmus, a elfka czując bulgotanie w żołądku, wpakowała całą kluskę do ust. –Wracając do Xercona, sądzę, że posiada on księgi, które są niezbędne do odwrócenia czaru Olliminela i wysłania cię z powrotem do Liman ul Thien. Myślę, że nie potrwa to dłużej, niż kilka dni.
-Nafafdę?- zapytała Eladiera z pełnymi ustami, czując przypływ nadziei . Może to zachowanie nie przystoi księżniczce, ale co tam. Była w Nowym Jorku z dala od karcącego spojrzenia ojca.
-Znając życie, coś pójdzie nie tak i nasza elficka księżniczka utknie tu na dłużej- mruknęła Bella, pociągając spory łyk ciemnobrązowego płynu ze swojego kieliszka. Razmus wywrócił oczami.
-Czy ty zawsze musisz być taką dołującą pesymistką?
-Czy ty zawsze musisz być takim denerwującym optymistą?- odwarknęła, eksponując kły zabarwione krwią. Czarodziej zmarszczył brwi, a powietrze wokół niego zafalowało, błyskając iskrami. Eladiera przełknęła czym prędzej sajgonka i zmieniła temat.
-Czyli jutro pokażecie mi Nowy Jork?- zapytała, a tamta dwójka spojrzała na nią, unosząc brwi. Zmieszała się odrobinę, ale nie dała tego po sobie poznać. Uniosła podbródek. –Skoro już tu jestem, to chciałabym zobaczyć jak wygląda to ludzkie miasto. Nie możecie mnie przez cały czas trzymać zamkniętą w mieszkaniu- dodała, wytrzymując dzielnie ich spojrzenia. Pierwszy złamał się Razmus. Z ich dwojga to Anabelle była tym obojętnym, męskim pierwiastkiem.
-No dobrze. Chętnie pokażę ci parę ciekawych miejsc- zgodził się, obdarzając ją uśmiechem. Eladiera odpowiedziała tym samym.
-Jesteś pewien, że to dobry pomysł? W końcu to elf, a one bywają narwane- odparła Bella, mieszając krew w kieliszku. Razmus skarcił ją spojrzeniem. –No co? To prawda. „Ojej, motylek! Ojej, sarenka! Ojej, skunks! Ojej, kaczuszka! Ojej, stokrotka!” Ugh. Rzygać się chce- mruknęła, krzywiąc się. Razmus wykonał ledwo widoczny ruch palcem wskazującym i reszta krwi z kieliszka Belli chlupnęła jej w twarz. Ta spojrzała na niego wściekła. Czarodziej, nie zwracając uwagi na zdenerwowaną wampirzycę, która patrzyła na niego, jakby chciała go zabić gołymi rękoma, odwrócił się do Eladierii z promiennym uśmiechem.
-Oczywiście, że jestem pewien, że to dobry pomysł- odparł. –Bo co niby może się stać?
            No właśnie. To dobre pytanie. Ale Razmus jako Wielki Czarodziej Brooklynu powinien wiedzieć co się stanie i przewidzieć, że lepiej było zostawić Eladierę w domu. 

_______________________________________________________________

Dziękuję, za uwagę. Mam nadzieję, że się podobało. Nie wiem kiedy pojawi się następny. Miejmy nadzieję, że niebawem.
Trzymajcie się!
xoxo

środa, 15 kwietnia 2015

Rozdział 5



5.

Razmus Presto.

Anabelle zaparkowała pod dużym ceglanym budynkiem, który równie dobrze mógł być sklepem jak i fabryką. Znajdował się trochę na uboczu, ale wcale nie wyglądał jakby ludzie do niego rzadko przychodzili. Wręcz przeciwnie. Po drodze minęły chyba z tysiąc znaków z podobizną wysokiego i szczupłego blondyna, który uśmiechając się, mówił: „Razmustycznie!”. Raz wydawało jej się nawet, że do niej mrugnął.
-Jesteśmy na miejscu. Wysiadaj- poleciła jej Bella, wyciągając kluczyki i zgarniając swoją torebkę z tylnego siedzenia. Eladiera poszła w jej ślady i zadarła głowę, patrząc w górę budynku. Miał dużo prostokątnych okien. Z szybami.
-Gdzie my właściwie jesteśmy?- zapytała, patrząc na wampirzycę, która wspinała się po schodach do ciężkich, metalowych drzwi.
-W posiadłości Wielkiego Projektanta Brooklynu Razmusa Presto- odparła z przesadnym entuzjazmem, a po chwili zniknęła za drzwiami. Eladiera uznała, że Bella nie przepada za Razmusem. Kimkolwiek był. Choć pewnie nie trzeba wiele, by podpaść Anabelle. Nie sprawia wrażenia otwartej, przyjaznej osoby. Wygląda raczej na sarkastyczną, silną, lubiącą się rządzić wariatkę. –Idziesz, czy będziesz tu sterczeć przez całą noc i gapić się jak idiotka na szyby w oknach?- mruknęła, z krzywą miną wychylając się zza drzwi. Eladiera westchnęła.
-Idę- mruknęła i ruszyła schodami w górę.
~~~
            Eladiera sama nie wie czego spodziewała się po mieszkaniu Wielkiego Projektanta Brooklynu. Ale na pewno nie tego co zastała, wchodząc za Bellą do mieszkania Razmusa Presto.
            Wysokie, białe sufity, z których zwisały czarne żyrandole z krojonego szkła, ogromne okna od sufitu do podłogi zasłonięte teraz kotarami w krzykliwych kolorach, ukazywały widok na ludzkie miasto, podłoga w czarno-białą szachownicę, krwistoczerwona kanapa w kształcie kobiecych ust, ogromny, płaski, czarny prostokąt przyczepiony do ściany, żółty stolik do kawy, jasnozielone meble w kuchni i błękitny stół z kolorowymi, wściekle różowymi krzesłami w jadalni. Od tych wszystkich jasnych, intensywnych kolorów bolały ją oczy.
            Bella powiesiła kurtkę na haczyku przy wejściu i wskazała na korytarz w drugim końcu salonu.
-Drugie drzwi po prawej. Rozgość się. Widzimy się rano- odparła i podążyła w kierunku drugiego korytarza. Eladiera niepewnie rozejrzała się po mieszkaniu.
-A gdzie ten Wielki Projektant? Nie powinno go tu być?- zapytała, a Anabelle zatrzymała się i obejrzała się na nią przez ramię, szczerząc białe zęby w upiornym uśmiechu. Wysunęła kły, a jej oczy pociemniały, więc nie wyglądała jak ktoś chętny do rozmowy.
-Właśnie imprezuje gdzieś w centrum Manhattanu- odparła, a potem zmarszczyła brwi i ruszyła przed siebie. -Jak tylko go dorwę, to skopie ten jego chudy tyłek- mruknęła do siebie, i choć Eladiera znała ją bardzo krótko, wcale w to nie wątpiła.
            Po chwili usłyszała trzaśnięcie drzwiami i westchnęła. Nagle dopadło ją zmęczenie. Spojrzała na fikuśny zegar wiszący  na ścianie między korytarzami. Wskazywał północ.  Cóż. Najwyższy czas się położyć.
            Elfka przeciągnęła się sennie, ciesząc się z tej odrobiny swobody, gdy nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby uznać jej zachowanie za nietaktowne, i ruszyła do sypialni, którą wskazała jej Bella.
            Otworzyła białe drzwi, a widząc lawendowe ściany i delikatne, dziewczęce białe meble uśmiechnęła się pod nosem.
            Zdziwiła się, dostrzegając na łóżku, złożoną w idealną kostkę, piżamę w fioletową kratę. Wzięła ją i po chwili zauważyła kolejne białe drzwi. A widząc za nimi łazienkę, ziewnęła przeciągle i wzięła prysznic, mając małe problemy z obsłużeniem ludzkiego sprzętu.
~~~
            Koło południa obudziły ją podniesione głosy.
-Wstawaj cymbale! Już południe!- krzyknęła Anabelle, gdzieś z wnętrza mieszkania. Odpowiedział jej jakiś stłumiony głos. –Nie obchodzi mnie, że wróciłeś dopiero o siódmej. Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. Doskonale wiedziałeś jak wygląda sytuacja!- umilkła na chwilę. –Na litość boską, Razmusie! Masz sześćset lat, a zachowujesz się jak smarkacz!- ryknęła Bella, a po chwili Eladiera usłyszała huk i jęknięcie. Wykrzywiła się. Anabelle nie należała do cierpliwych wampirów.
            Brunetka usiadła na łóżku i przetarła sennie oczy. Popołudniowe promienie słońca wpadały do jej pokoju, sprawiając, że wydawał się jeszcze jaśniejszy.
-A teraz marsz do łazienki i weź prysznic! Cuchniesz- fuknęła wampirzyca, a elfka westchnęła. Zrobiło jej się żal Razmusa chociaż go nie znała. Ale wyglądało na to, że on znał Anabelle. I to całkiem nieźle, skoro razem mieszkali. Biedaczek.
            Eladiera przeciągnęła się jak kotka, zeskoczyła z łóżka i poczłapała do łazienki.
~~~
            W szafie znalazła ubrania w jej rozmiarze. Zdziwiła się. Zupełnie jakby ktoś spodziewał się jej obecności już od jakiegoś czasu.
            Ubrana w dżinsy, koszulkę w kwiatki i czerwone trampki, weszła do kuchni. Długie, czarne, kręcone włosy podskakiwały rozkosznie, związane w wysoką kitkę. Duże, brązowe oczy, otoczone tysiącem ciemnych, długich rzęs iskrzyły się radośnie. Ładne, różowe usta wygięte były w słodkim uśmiechu. Śliczna, delikatna twarz szklanej laleczki promieniała, mimo swojej bladości. Wysokie kości policzkowe, szpiczaste uszy, trójkątny podbródek, wyraźna linia szczęki i wdzięczna, długa szyja były teraz wyjątkowo wyeksponowane, gdy nie zasłaniały ich gęste włosy.
            Eladiera poruszała się z gracją i wdziękiem, choć pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy.  Mimo szoku jaki przeżyła wczorajszego wieczoru wyglądała idealnie. Nieskazitelnie. I była tak irytująco radosna, że chciało się jej założyć worek na głowę, by nie musieć oglądać tej entuzjastycznej, pięknej twarzyczki.
            Była elfem. A to było widać z daleka.
-Dzień dobry- przywitała się, obdarzając promiennym uśmiechem Bellę, która posępniała schylała się nad gazetą, siedząc przy stole i popijając ciemny, aromatyczny płyn z kubka.
-Bry- mruknęła, nie zaszczycając jej spojrzeniem. Ubrana była w czarne, obcisłe spodnie i czerwoną bawełnianą koszulkę z dekoltem. Jej falowane, ciemne włosy były rozpuszczone. Na palcach miała dużo pierścionków, nadgarstki zdobiły srebrne bransoletki, a na stopach miała ciężkie, czarne, wysokie buty.
            Eladiera stanęła przy blacie, wąchając talerz naleśników.
-To dla mnie?- zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi. Westchnęła i zabrała się za jedzenie. –Słyszałam jak rano na kogoś krzyczałaś. To Razmus, prawda?- zapytała, między kolejnymi kęsami, zerkając na Bellę, zaczytaną w gazecie. Ta odstawiła kubek na stół i zasłoniła się gazetą, uciekając przed dalszymi spojrzeniami elfa i jej pytaniami. Eladiera wzruszyła ramionami i wróciła do jedzenia. –Napiłabym się herbaty- westchnęła po chwili, raczej do siebie, bo Anabelle zupełnie ją ignorowała. I nagle, ku jej zdziwieniu, na blacie, zaraz obok pustego już talerza, pojawił się kubek ciepłej herbaty. Uniosła brwi. –Widziałaś?- zapytała, odwracając się do wampirzycy, ale widząc gazetę, zmarszczyła brwi. –Zbyt rozmowna, to ty nie jesteś, co?
-Ani zbyt miła i wychowana- usłyszała za sobą męski głos i, robiąc zdziwioną minę, spojrzała na nowoprzybyłego. Bella zrobiła to samo, tyle, że jej spojrzenie nie było takie przyjazne.
            Był wysoki i szczupły, o długich, patyczkowatych nogach i szerokich barkach. Ubrany w elegancki, ciemny garnitur, co dziwniejsze, w zwyczajny poranek, stojąc w kuchni, nie wyglądał w nim na przesadnie wystrojonego. Miał krótkie, jasne włosy, ułożone teraz w wymyślny sposób (wyglądały jakby to porywisty wiatr je układał i może tak właśnie było), jasną cerę, wysokie kości policzkowe, podejrzanie różowe i błyszczące usta, wygięte teraz w uśmieszku, w jego uszach lśniły diamentowe kolczyki, dziwnie niebieskie i długie rzęsy okalały błękitne oczy tak jasne, że wyglądały na sztuczne.
I te wężowe źrenice.
-Witaj Eladieru. To zaszczyt cię poznać. Zawsze lubiłem elfy- odparł, a elfka zamrugała kilkakrotnie, nie mogąc ukryć zdziwienia. Przez chwilę wydawało jej się, że mężczyzna miał cienki język z rozczepionymi końcami, jak wąż. –Jestem Razmus Presto, Wielki Projektant Brooklynu- przedstawił się, wyciągając do niej gładką dłoń o długich palcach i pomalowanych na niebiesko paznokciach. Eladiera odruchowo podała mu rękę, sądząc, że przywita ją jak Jasper wczorajszego wieczoru, ale on schylił się i delikatnie dotknął ustami grzbietu jej dłoni.
A potem stało się coś dziwnego.
Razmus wysunął język o rozczepionych końcach i zasyczał cicho. Eladiera cofnęła dłoń, zdumiona.
-Czuję na tobie wyraźny zapach człowieka- mruknął, odwracając się w stronę Belli, która westchnęła i odłożyła gazetę na stół. Eladiera zauważyła delikatny zarys łusek na jego szyi.
-Znalazłam ją wczoraj na imprezie u Wyklętego nastolatka. Nie wykluczone, że wcześniej miała z jakimś kontakt. Pełno ich tam było. Jak mrówków- odparła wampirzyca, a Razmus się wykrzywił.
-Anabelle, moja droga, w dwudziestym pierwszym wieku nikt już nie mówi „mrówków”- zauważył, a Bella spojrzała na niego, jakby go nie widziała i wróciła do czytania. Razmus pokręcił głową i, jakby nagle przypomniał sobie o obecności Eladierii, spojrzał na nią, uśmiechając się przepraszająco. –Więc, Eladiero, co cię sprowadza do Nowego Jorku?
-Eee…- elfka zająkała się, nie za bardzo wiedząc od czego zacząć. –To długa historia- na te słowa Razmus się rozpromienił.
-Razmustycznie!- wykrzyknął, a Eladiera mogłaby przysiąść, że Bella jęknęła cicho zza gazety.
            Nagle Razmus pstryknął palcami, a oni znaleźli się w salonie, siedząc na miękkiej czerwonej kanapie w kształcie ust. Eladiera ze zdziwieniem zorientowała się, że trzyma w dłoniach kubek herbaty, choć go nie brała.
            Razmus rozsiadł się wygodnie, patrząc na nią wyczekująco, a filiżanka z kawą i łyżeczką, która sama mieszała napój, lewitowała koło jego głowy.
            Nagle Eladiera pojęła dziwny wygląd Razmusa, jego dziwne zachowanie i dziwaczny wystrój mieszkania.
Razmus był czarodziejem.
I to w dodatku Wielkim Czarodziejem Brooklynu.
Czymkolwiek ten Brooklyn był.
-No, biszkopciku, opowiadaj- zachęcił ją czarodziej, uśmiechając się w sposób, który Eladierii przywiódł na myśl węża. I naprawdę nie wiedziała dlaczego nazwał ją biszkopcikiem.
            Więc wzięła głęboki wdech i opowiedziała. 

_________________________________________________________________

No. To cześć.

sobota, 21 marca 2015

Rozdział 4

4.

Dżinsy, trampki i samochody.

    Nagłe jasne światło zakuło ją w oczy. Zakrył je dłonią i usiadła, czując lekkie mdłości. Czuła się jakby ktoś wrzucił ją do wirującej beczki, a potem wyciągnął gwałtownym szarpnięciem. Zmusiła się by wstać i ze zdziwieniem stwierdziła, że jej suknia jest sucha. Wygładziła ją z roztargnieniem i pierwszy raz, rozejrzała się dookoła.
            Nie była już w lesie. Była w mieście. Chyba. Stała na czymś twardym i ciemnym, co przypominało drogę. W oddali majaczył dom dziwnie przypominający te ludzkie. Ulicę oświetlały latarnie, ale była pewna, że te nie miały w środku świec. Wzdłuż drogi rosły niskie, zielone krzaki.
            Nagle niebo rozjaśniło dziwne światło, a jej uszu dobiegł głośny huk, który poczuła w pustym żołądku. Nie jadła od śniadania. Coś kapnęło jej na nos. Zadarła głowę, a widząc piorun na nocnym niebie, krzyknęła zaskoczona.
            W Liman ul Thien niby nie było burz.
            Nagle zaczęło lać, jakby ktoś odkręcił kurki, a ona zadrżała, czując zimne krople spływające jej po plecach.
            Na końcu ulicy zobaczyła światło. W sumie dwa. Zbliżały się do niej z dużą prędkością. Oplotła się ramionami i cofnęła, mając złe przeczucia.
            Po chwili obok niej zatrzymała się dziwna maszyna. Miała cztery koła, był oszklona dookoła i miała z przodu dwie lampy, które rozjaśniały mrok nocy. Nie wiedziała nigdzie koni, które by to ciągnęły. Mimo to, to coś jechało. Przypominało trochę karetę, tyle że bez woźnicy i koni.
            A może jednak z woźnicą.
            Szyba opuściła się nagle, a ze środka spojrzała na nią uśmiechnięta twarz. Ciemne włosy i radosne, brązowe oczy. Żadnych kłów, pazurów, kopyt, skrzydeł, szpiczastych uszu, czy rogów. Dopiero po chwili ujrzała kocie źrenice.
-Idziesz na tę imprezę u Sullywanów?- zapytał, a Eladiera zamrugała zdziwiona. Czy Sullywan był jakimś wielkim czarodziejem, którego powinna znać? Wszyscy widzą, że czarodzieje mają słabość do przyjęć. –Wsiadaj. Podrzucę cię. My też tam jedziemy. Słyszałem, że szykuje się niezły ubaw- odparł i otworzył jej drzwi. Eladiera z niepokojem spojrzała na czarny skórzany fotel, ale w końcu wsiadła do środka. Wolała to niż moknięcie na deszczu.
            Zamknęła za sobą drzwi i po chwili ruszyli, a ona zacisnęła dłonie na fotelu, z całych sił starając się nie wrzeszczeć.
-Fajny kostium. Elf, tak?- dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności faerie, siedzącej za nią. Obejrzała się na nią. Jej różowe skrzydła wyglądały jakby zrobiła je z materiału i różowych piórek, a kusa, różowa spódniczka pokazywała prawie całe nogi.
            Kiwnęła głową bez słowa. Faerie zawsze były ekstrawaganckie.
-Ja jestem Wielkim Czarodziejem Chadem McGergorem- odparł chłopak, uśmiechając się. –Ten pomysł z kocimi oczami był jej. Ale muszę przyznać, całkiem niezły, no nie?
-Pewnie, że niezły! Bo mój! W całym Nowym Jorku nie ma seksowniejszej wróżki- dziewczyna zaśmiała się, a chłopak wywrócił oczami. Eladiera uniosła brwi. Nowy Jork? Co to takiego?
-Skromna jak zawsze- mruknął Chad. –To moja kumpela Effie. A ty? Jak się nazywasz?
-Eladiera- odparła, a Chad i Effie spojrzeli na nią dziwnie.
-Takie elfickie. Ładnie to sobie wymyśliłaś. Ale tak serio, jak masz na imię?- zapytała Effie, wychylając się z tylnego siedzenia. Eladiera zamrugała kilkakrotnie, zdziwiona.
-Przecież już mówiłam. Eladiera. Tak ma na imię- Chad spojrzał na Effie w lusterku, unoszą brwi. Ta zrobiła zamyśloną minę, a potem klepnęła się w czoło, jakby coś sobie przypomniała.
-Jesteś z Europy. Zgadłam?- zapytała, szczerząc w uśmiechu dziwnie proste i gładkie zęby. Eladiera jeszcze nie widziała faerie bez zębów ostrych jak noże.
-Z Europy?- powtórzyła, unosząc brwi. Effie już otwierała usta, by coś powiedzieć, gdy nagle odezwał się Chad.
-Jesteśmy. Imprezkę czas zacząć!- zawołał i wyłączył tę dziwną machinę, która od razu ucichła. Eladiera wyszła na zewnątrz i chciała jeszcze zapytać dziwnej pary, gdzie jest, ale ich już nie było. Zamrugał zdziwiona i rozejrzała się dookoła. Wszędzie było pełno podobnych maszyn i najróżniejszych istot, kręcących się z czerwonymi kubkami w rękach. Spojrzała na duży dom, ozdobiony dyniami ze świeczkami w środku, szkieletami, nietoperzami, pajęczynami i kolorowymi lampkami. Uniosła brwi. Wyglądał dziwnie ludzko.
-Pardąsik- obejrzała się na wampira w dziwacznym, czarnym płaszczu z wysokim kołnierzem, zaciekami krwi na twarzy i z dziwnymi kłami, które wyglądały jakby były doklejone. I wcale nie był przystojny.
            Odsunęła się, a wampir przeszedł obok, rozmawiając z kimś, kto narzucił na siebie białe prześcieradło i wyciął otwory na oczy. Szli w kierunku ogrodu.
            Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że słyszy dudniącą muzykę, w niczym nie przypominającą nudnego brzdękania harfy, do którego przywykła. Ruszyła za nią jak zahipnotyzowana, co krok spotykając dziwniejsze stworzenia. To prawie przemieniony wilkołak, to skrzat, to wróżka, to mumia (one istniały?), to jakiś czarodziej, to jakiś wampir. Spotkała nawet pół chłopaka-pół konia.
            Dziwny ten Nowy Jork.
            Zorientowała się, że muzyka pochodzi z dużych czarnych skrzynek rozstawionych w ogrodzie, a zespół stoi na scenie kawałek dalej. Mieli dziwne gitary i coś co wyglądało jak kupa garnków. Jeden z nich śpiewał w zupełnie inny sposób niż elfy, które znała.
            Mieli na sobie czarne, skórzane kurtki, krótkie włosy nastroszone, ubrani byli w ciemne, sztywne spodnie i dziwne buty. Z czarnego materiału i białej gumy z mnóstwem białych, miękkich sznurówek. Byli chyba wampirami, bo mieli krwawe zacieki w kącikach ust (to wyjątkowo dziwny i obleśny zwyczaj tutejszych wampirów?) i byli przystojni.
No, przynajmniej część z nich.
            Na pewno do grona tych przystojnych zaliczał się jeden z gitarzystów.
            Był wysoki i dobrze zbudowany; kurtka opinała się odrobinę na jego ramionach, miał czarne, kręcone włosy, opadające na przeszywające, niebieskie oczy. Jego stuwatowy uśmiech przyprawił o palpitację pewnie już nie jedną dziewczynę. W niczym nie przypominał chłopaków, z którymi Eladiera miała wcześniej do czynienia. Wydawał się rozluźniony, poruszał się swobodnie po scenie, jakby robił to od zawsze. Sprawiał wrażenie niegrzecznego.
A nic tak nie pociąga nastolatek, jak niegrzeczni chłopcy.
            Nagle, jakby czując, że Eladiera patrzy na niego od dłuższej chwili, podniósł wzrok i ich spojrzenia się spotkały.
            Najpierw uderzyło ją to, że nawet z takiej odległości jego oczy są oszałamiająco jasne i niebieskie. Potem, że niewiarygodnie hipnotyzujące. Na końcu zdała sobie sprawę, że jej ciało przeszywa dreszcz, jakby patrzyła na jadącą wprost na nią karetę.
            Chłopak rozszerzył lekko oczy, więc uznała, że on poczuł coś podobnego.
            Albo zobaczył coś dziwnego.
-Witaj, piękna elfko, zatańczysz?- uniosła brwi i obejrzała się na chłopaka w dziwnym stroju. Miał niebieski, okrągły hełm w ręce, koszulkę z numerem 1, ochraniacze na barkach i nogach, obcisłe, krótkie spodnie i dziwaczne, niskie, sznurowane buty z dużą ilością korków na podeszwach.
            Co to za dziwak? Nie rozpoznał jej? Myślała, że jej przekleństwem jest to, że wszystkie stworzenia Prawdziwego Świata, czyli Zaklęci, znali ją i całą jej rodzinę. Dlatego nie lubiła odwiedzać miast w okolicy Liman ul Thien.
            Już miała odprawić go z kwitkiem, gdy nagle coś do niej dotarło.
            Nie wiedziała gdzie się znajdowała, ale gdziekolwiek to było, nie było tu jej ojca, ani Limannela.
-Z przyjemnością- odparła, obdarzając dziwaka szerokim uśmiechem. Ten złapał ją za rękę i zaprowadził pod samą scenę, a gdy Eladiera czekała aż ją obejmie, by mogli zacząć tańczyć, (przy okazji, jak można tańczyć do takiej muzyki?) gdy on zaczął się dziwnie kiwać na boki, potrząsać głową i rękoma. Uniosła brwi, zdumiona patrząc na jego wyczyny. On uśmiechnął się szeroko.
-Na co czekasz?- zapytał, a ona uśmiechnęła się lekko i dała porwać muzyce.
~~~
            Gdy stała przy stole z napojami i patrzyła na tłum tańczących faerie, podeszła do niej wysoka i ciemnowłosa wampirzyca. Ubrana była w obcisłą czarną sukienkę i ciężkie buty i skórzaną kurtkę. Na dłoniach miała czarne rękawiczki bez palcy.
-Śmierdzisz elfem na kilometr- mruknęła, nalewając sobie do kupka różowego napoju. Eladiera uniosła brwi i pociągnęła łyk wody. Jakaś miła odmiana po tych słodkich i mdłych nektarach. –Nie powinno cię tu być, Eladiero- odparła, a elfka zrobiła duże oczy i przyjrzała się jej w słabym świetle kolorowych lampek.
Była bardzo ładna. Nawet piękna. Miała długie, ciemne, falowane włosy, opadające na jej chude plecy i biust. Drobne ciemne brwi, miała zmarszczone, wydatne, czerwone usta wykrzywione w grymasie, mały, zgrabny nosek marszczyła delikatnie, jakby nie podobał jej się zapach. Głębokie, niebieskie oczy zdawały się świecić w ciemności. Miała urodę porcelanowej laleczki, ale jej strój mówił, że raczej takową nie była. Wyglądała raczej na twardą sztukę.
Może jednak nie wszyscy Zaklęci jej nie znali?
-Niby dlaczego?- zapytała Eladiera, unosząc brew. Ona też była twardą sztuką. Twardą i wyjątkowo upartą.
-Bo jesteś córką Króla. A córki Króla nie szwędają się po imprezach w Nowym Jorku. Dlatego- odburknęła, mierząc ją ciężkim spojrzeniem brązowych oczu. –Nie powinnaś być teraz w Retres ze swoimi niańkami?- zapytała, pijąc z czerwonego kubka.
Eladiera uniosła podbródek. Czyli była w Nowym Jorku. Tylko gdzie to jest?
-Mam siedemnaście lat i niańki są mi nie potrzebne. Jestem już prawie dorosła- odparła, a wampirzyca zaśmiała się melodyjnie.
-Słuchaj, dzieciaku, mam trzysta lat i gdy mówię, że jesteś dzieciakiem, to nim jesteś. Zrozumiano?- Eladiera spojrzała na nią zabójczym spojrzeniem, a ona tylko się wykrzywiła i odstawiła kubek na bok. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia parę lat. –Lepiej wracaj do Retresu, do swojego tatusia. To nie miejsce dla ciebie- mruknęła, a potem ruszyła przed siebie.
-Nie wrócę tam. Uciekłam i nie mam zamiaru widzieć się z ojcem- odparła Eladiera, a wampirzyca zamarła wpół kroku. Odwróciła się do niej wolno z zaskoczeniem wypisanym na twarzy. Najwyraźniej nie spodziewała się tego po córce Króla Elfów.
-Jak to „uciekłaś”?- zapytała, a Eladiera wzruszyła ramionami.
-Mam swoje sposoby- odparła, a wampirzyca mierzyła ją przez chwilę wzrokiem. W końcu podeszła do niej i podała jej małą karteczkę.
-Trzymaj, ten człowiek ci pomoże- Eladiera spojrzała na wizytówkę.
Razmus Presto
Wielki Projektant Brooklynu
tel: 666 666 666
„Razmustycznie!”
-Zaczekaj tu. Muszę zadzwonić- poleciła jej i  poszła gdzieś, szukając czegoś w małej, czarnej torebce. Eladiera ponownie spojrzała na wizytówkę.
-Razmustycznie?- zapytała pod nosem. –Co to niby znaczy?
-To znaczy, że jestem strasznie spragniony, a tu nie ma nic oprócz tego słodzonego chłamu- odparł jakiś chłopak, krzywiąc się. Eladiera spojrzała na niego i uniosła brwi, rozpoznając wokalistę zespołu, który teraz najwyraźniej zrobił sobie przerwę. –Niezły kostium, mała. Zawsze kręciły mnie elfy- dodał, uśmiechając się głupio, a ona aż się zagotowała.
Mała? Mała?! Jak on śmie?!
Eladiera zacisnęła pięści i wyprostowała się na całe swoje sto siedemdziesiąt trzy centymetry, prawie równając się ze swoim rozmówcą. W ogrodzie zrobiło się nagle ciemniej, jakby ktoś zgasił lampki świecące nad ich głowami.
-Przepraszam, jak mnie nazwałeś?!- warknęła, a wampir wytrzeszczył oczy i zbladł odrobinę.
-Ja… ja tylko… chciałem…
-Tak właśnie wygląda dziewczyna, która cię nie chce- nagle za wampirem, stanął drugi wampir, klepiąc go po ramieniu. Eladiera uniosła brwi, rozpoznając w nim przystojnego gitarzystę. W ogrodzie znowu zrobiło się jasno. –Pewnie trudno ci to zrozumieć, ale spokojnie, szok minie. Kiedyś- dodał sarkastycznym tonem, uśmiechając się półgębkiem. –Przepraszam za tego palanta. Myśli, że jak śpiewa w zespole, to wszystkie dziewczyny go chcą. Co dziwniejsze, w większości przypadków tak właśnie jest.
-W takim razie tutejsze dziewczyny mają koszmarny gust- mruknęła Eladiera, a śpiewak wyglądał jakby dostał w brzuch. Gitarzysta uśmiechnął się szerzej i wyciągnął do niej rękę.
-Jestem Jasper. A ten palant do Dean- przedstawił się, a Eladiera przez chwilę patrzyła ze zdziwieniem na jego wyciągniętą kończynę. Czy to nie ona powinna pierwsza podać mu rękę?
-Eladiera- podała mu swoją dłoń, a on, zamiast ucałować jej grzbiet, jak przystało na gentlemana, uścisnął ją i potrząsnął, jakby witał się z mężczyzną. Eladiera uniosła brew.
-Jeszcze nie słyszałem takiego imienia- stwierdził Jasper, z zamyśleniem. –Pewnie nie jesteś stąd?- zapytał, a ona spojrzała kątem oka na Deana, który od dłuższej chwili gapił się na nią z otwartymi ustami.
-Nie, nie jestem stąd- powiedziała, zgodnie z prawdą.
Jasper zmarszczył brwi, jakby chciał jeszcze o coś zapytać, gdy nagle podeszła do nich wampirzyca.
-Chodź. Zmywamy się stąd- mruknęła, łapiąc ją za rękę i ciągnąc za sobą.
-A-ale…
-Idziemy- przerwała jej, niczym wkurzona matka, nie zatrzymując się nawet na chwilę.
Eladiera obejrzała się i posłała przepraszający uśmiech Jasperowi. Ten wzruszył ramionami i kiwnął głową, uśmiechając się w ten swój sposób.
-Gdzie mnie ciągniesz?- zapytała elfka, z trudem nadążając za wampirzycą, która sunęła przez ogród z dużą prędkością. Nie miała nawet zadyszki. Bo była wampirem i nie oddychała.
Bo wampiry nie żyją.
Przynajmniej teoretycznie.
-Do Razmusa. On będzie wiedział co z tobą zrobić- odparła, a Eladiera wzdrygnęła się mimowolnie. Te słowa nie brzmiały zbyt pokrzepiająco.
-Nawet cię nie znam. Ani tego całego Razmusa. Skąd mam wiedzieć, że nie jesteście mordercami i nie zrobicie mi krzywdy?- wampirzyca rzuciła jej zirytowane spojrzenie przez ramię, przecinając parking.
-Jestem Anabelle. Już mnie znasz- mruknęła, zatrzymując się przed czarnym wozem bez koni. Był niski, długi, wyglądał na szybki i drogi. Eladiera spojrzała na niego nieprzekonana. –Wsiadaj- poleciła jej wampirzyca, a po chwili sama zniknęła we wnętrzu machiny. Elfka zacisnęła usta i wsiadła do środka, zamykając za sobą drzwi. –Posłuchaj mnie teraz uważnie- zaczęła Anabelle, a Eladiera przeniosła na nią spojrzenie, starając się opanować chęć ucieczki. –Nie wiem jakim cudem się tu dostałaś, ale jesteś teraz w Nowym Jorku. Może ci się wydawać, że nie zrobiłaś nic wielkiego i nadal jesteś w Retresie. Ale tak nie jest. Trafiłaś do świata Wyklętych. Jesteś w ludzkim mieście- odparła, a Eladiera wytrzeszczyła oczy i spojrzała na grupkę nastolatków za szybą. Dopiero teraz zauważyła, że niebieskie skrzydła czarownicy są sztuczne, pazury wilkołaka zdejmowane, a rogi faerie odczepiane.
Była w świecie ludzi.
Widziała trampki i dżinsy.
A teraz siedziała w samochodzie.
Wrzasnęła tak głośno, że tamta grupka spojrzała dziwnie w kierunku samochodu.
-Och, przymknij się. Łeb mi pęka od tego hałasu- mruknęła Bella, krzywiąc się.
A potem zobaczyła dziewczynę o niebieskiej skórze, z rogami, liśćmi zamiast włosów i zębach ostrych jak szpilki. To z pewnością nie był kostium. To była dziewczyna faerie.
Ale co ona robiła wśród ludzi? I to jeszcze nie objęta czarem?
-Tam! Tam jest faerie! Jestem pewna, że to nie kostium!- wykrzyknęła, wskazując na niebieską dziewczynę. Wampirzyca spojrzała we wskazanym kierunku i westchnęła.
-Tak, to faerie- przytaknęła, a Eladiera wytrzeszczyła na nią oczy. –Nie jest objęta czarem, bo dzisiaj jest Halloween. Durne święto Wyklętych, gdy przebierając się za Zaklętych i straszą dzieci- wykrzywiła się. –Jakby potrzebowali święta żeby straszyć dzieci- prychnęła, a Eladiera uniosła brwi. –No co? Każdy ma jakieś hobby- odparła, wzruszając ramionami i zapalając silnik. Po chwili wyjechały z parkingu.
            Eladiera nie do końca rozumiała co się stało. Ani jak to się stało. Ale wiedziała, że jakimś cudem dziadek wysłał ją do świata ludzi.
             A to było jednocześnie wspaniałe i przerażające.

________________________________________________________________

No to tyle.
Cześć.