środa, 25 lutego 2015

Rozdział 1

1.

Ogień i woda.

Eladiera za znudzeniem zamieszała nektarem w kieliszku. Promienie słońca zatańczyły na szkle wyrabianym przez szklarzy. Od różanego posmaku napoju ją mdliło. Tak samo, jak od leniwego pobrzękiwania harf, przy których piękne panny wiły się wdzięcznie na parkiecie w objęciach swoich partnerów.
Jej ojciec uwielbiał kameralne przyjęcia. Ona ich nie znosiła. Bo były takie… kameralne.
Westchnęła i uśmiechnęła się do Lusutien, która od dłuższego czasu opowiadała o swojej wycieczce do El Aren Diel, by kupić łuk Elarenowi- jej chłopakowi.
Eladiera nie miała chłopaka. Miała narzeczonego. Jakoś tak… odkąd się urodziła.
Pociągnęła łyk nektaru i od razu tego pożałowała, czując jego słodki smak. Wykrzywiła się i odstawiła kieliszek na stół.
-Tak się ucieszył, że wziął mnie w objęcia i kręcił dookoła, a ludzie na dziedzińcu patrzyli na nas dziwnie. To było strasznie zawstydzające. Ale bardzo słodkie!- szepnęła Lusutien, rumieniąc się, a Eladiera kiwnęła głową w zamyśleniu, jakby jej słuchała.
            Nagle dostrzegła wysokiego i smukłego młodzieńca, który, odziany w elegancki garnitur, sunął w jej kierunku przez parkiet, z gracją pantery omijając tańczące pary. Miał oczy w kolorze mchu tuż po deszczu. Tak błyszczały, że widziała je doskonale z drugiego końca sali. Wysokie i wystające kości policzkowe. Skórę dotkniętą przez słońce. Długie, ciemne włosy, związane teraz w elegancki sposób i ściągnięte do tyłu. Był gibki, ale umięśniony, o szerokich barkach. Uśmiechał się w taki sposób, że, gdyby Eladiera teraz nie siedziała, miałaby problem z ustaniem na nogach.
            Był przystojny. Tak bardzo przystojny, że jej serce zabiło szybciej.
            Z roztargnieniem wygładziła materiał białej sukni i założyła kosmyk czarnych, kręconych włosów za ucho.
-Można panią prosić?- jego głos był niski, a dłoń wyciągnięta do niej duża i szorstka. Lusutien urwała swoją opowieść, patrząc dużymi oczami na chłopaka. Eladiera dopiero teraz dostrzegła duży, zielony liść przypięty do jego garnituru. Był z Leśnej Straży. A wszyscy wiedzą, że właśnie tam są ci najprzystojniejsi.
            Eladiera uznała, że to przyjęcie może jednak nie jest takie złe.
            Posłała mu uśmiech, który godzinami ćwiczyła przed lustrem w swojej komnacie, złapała jego dłoń i wstała.
-Z wielką przyjemnością- odparła, a przystojny nieznajomy obdarzył ją kolejnym, zniewalającym uśmiechem.
            I ruszyli razem na parkiet.
            On położył jej prawą dłoń na plecach, przyciągając do siebie, a w lewej trzymał jej rękę; dziwnie małą i bladą przy jego silnych dłoniach. Ona położyła dłoń na jego ramieniu, czując mięśnie pod rękawem marynarki i aż się uśmiechnęła delikatnie, gdy zaczęli obracać się w rytm muzyki.
            Czuła na sobie spojrzenia innych, ale miała je w nosie. Ona widziała tylko zieleń mchu.
            Pierwszy raz pomyślała, że kameralne przyjęcia nie są takie złe. Miała przynajmniej pewność, że inna dziewczyna nie odbije jej partnera.
            Gdy nagle…
-Odbijany!- Eladiera spojrzała zdezorientowana na wysokiego blondyna o oczach niebieskich jak niebo o poranku. On uśmiechnął się do niej i zaczął z nią tańczyć, odciągając od przystojnego Leśnego Strażnika. Posłała mu tęskne spojrzenie.
-Co ty wyrabiasz?!- syknęła, przywołując na usta uśmiech, by nikt nie zauważył jak bardzo była wzburzona.
-Tańczę- blondyn ponownie się uśmiechnął i zrobił skłon, a Eladiera zatrzymała się kilka cali nad podłogą. Po chwili poczuła lekkie szarpnięcie i znalazła się w poprzedniej pozycji, sunąc dalej po parkiecie. Zmarszczyła brwi.
            No dobrze. Kameralne przyjęcia jednak są złe. Bo nie ważne jak byś się starał i tak na takim balu jest zbyt mało osób, by móc ukryć fakt, że zaręczona dziewczyna tańczy z chłopakiem, który z pewnością nie jest jej narzeczonym.
-Elandielu!- fuknęła, a on obrócił ją kilka razy wokół własnej osi. Usłyszała kilka rozanielonych westchnień starszych pań.
-Jak oni cudownie razem wyglądają! Jak ogień i woda, a jednocześnie tacy sami!- odparła któraś, a Eladiera z trudem powstrzymała się od wywrócenia oczami. Już wiele razy to słyszała. „Cudowne bliźnięta! Jednocześnie zupełnie różne i zupełnie takie same!”.
-Chciałbym ci tylko przypomnieć, siostrzyczko, że już masz jednego narzeczonego- szepnął, z głową idealnie odchyloną do walca. Nie za bardzo do tyłu, ale też nie za blisko głowy partnerki.
Eladiera zawsze zazdrościła mu tego, że tak dobrze tańczył. Zresztą, jej brat był doskonały we wszystkim. Nie to co ona.
-A tamten facet- spojrzał w kierunku, gdzie przystojny Strażnik stał oparty o ścianę i spoglądał na nich w zamyśleniu. Widząc, że na niego patrzą, skłonił lekko głowę z szacunkiem. –nim nie jest.
-Owszem- odparła Eladiera. –mam narzeczonego, ale to nie znaczy, że nie mogę zatańczyć z innym mężczyzną- czuła chłód w miejscu, gdzie sygnet jej brata dotykał jej odkrytych pleców. Elandiel spojrzał na nią z ukosa. –Poza tym- ciągnęła. –jego tutaj nie ma. A ja nie zamierzam przesiedzieć całego balu, słuchając opowieści Lusutien- nagle muzyka się urwała, a Elandiel skłonił się i ucałował ją w grzbiet prawej dłoni.
-Jak chcesz siostrzyczko, ale nie mów, że cię nie ostrzegałem- odparł Elandiel i uśmiechnął się w ten swój, denerwujący sposób, a Eladiera miała ochotę kopnąć go w jego chudy tyłek.
Ale oczywiście tego nie zrobiła.
-Jak chcesz siostrzyczko- mruknęła, imitując niski głos brata. –ale nie mów, że cię nie ostrzegałem. Bla, bla, bla- wywróciła oczami. –A co niby może się stać? Dostanę szlaban?
            Jakby na te słowa, podszedł do niej lokaj o zielonej skórze, w odświętnym fraku i, nachylając do niej, szepnął:
-Ojciec wzywa panienkę. Czeka w bibliotece.
            Szlag.
~~~
Eladiera niepewnie pchnęła ciężkie drzwi biblioteki, a one ustąpiły i bezszelestnie wślizgnęła się do biblioteki. Właśnie zamykała drzwi najciszej jak tylko mogła, gdy…
-Eladiero, nie skradaj się tak. Widzę i słyszę wszystko w tym królestwie- gdy nagle dobiegł do niej znajomy głos, prawie podskoczyła w miejscu. Ojciec często ją zaskakiwał. Pojawiał się i znikał w najmniej oczekiwanym momencie. Eladiera nie wiedziała jak to robił, ale zawsze chciała się tego nauczyć.
            Odwróciła się i zobaczył ojca. Stał przy łukowatym oknie, zwrócony do niej plecami, zapatrzony w dal. Ubrany był w eleganckie, zielono-złote szaty. Jego złote, długie włosy, zaczesano do tyłu. Na głowie tkwiła korona przypominająca jelenie poroże. Choć nie widziała jego twarzy, wiedziała, że niebieskie oczy są pochmurne, jak niebo tuż przed burzą.
-Witaj ojcze- odparła, dygając tak, jak nauczyła ją niańka.
-Zbliż się- mimo, że Lerrodiel nie wykonał żadnego ruchu, Eladiera zadrżała.
            Nie to żeby ojciec był dla niej zły, czy coś. Wręcz przeciwnie. Czasem miała wrażenie, że rozpieszcza Elandiela i ją.
            Ale bardzo szanował i przestrzegał Prawa. Był dobry królem i wypełniał swoje obowiązki jak należy. Od czterech trzech tysięcy lat nie było tak dobrego Króla Lasu.
            W każdym bądź razie, tak słyszała.
            Eladiera stanęła przy łukowatym oknie z kamienia, obok ojca. Wyjrzała na zewnątrz. Zielony las. Delikatny wietrzyk zatańczył w jej ciemnych włosach, a ona uśmiechnęła się lekko.
            Ich okna nie miały szyb. Nie potrzebowały. W Liman ul Thien zawsze była piękna pogoda.
-Limannel wyjechał do Limos el Lerro, by podpisać ugodę z Lerrojczykami. To zawsze był bardzo porywczy i buntowniczy klan.
-Tak, wiem, ale…
-Ja go tam wysłałem- przerwał jej, wreszcie na nią patrząc. Jego ostre rysy w połączeniu ze złotymi włosami i niebieskimi oczami dawały mu wgląd anioła. Anioła zemsty.
            Ale jej ojciec nie był aniołem. Jej ojciec był Królem Lasu.
-Musisz zrozumieć, że są ważniejsze rzeczy niż jakieś bale, Eladieru. Twój narzeczony jest Kapitanem Leśnej Straży i moją prawą ręką i musisz pogodzić się z tym, że nie zawsze będzie przy tobie. Mnie również jest potrzebny- ojciec patrzył na nią tak surowym wzrokiem, że nie wytrzymała i spojrzała przed siebie. Na zielony las, gdzie wesołe faerie i nimfy biegały między drzewami, śmiejąc się i śpiewając.
-Wiem ojcze- powiedziała cicho. Czuła na sobie jego spojrzenie. Zacisnęła pięści i zmusiła się, by się nie ruszyć. W końcu ojciec również spojrzał na widok za oknem, a ona odetchnęła.
-Kochasz go?- zapytał tak nagle i niespodziewanie, że spojrzała na niego, unosząc wysoko brwi, niedowierzając.
-Co? Ja…
-Pytałem, czy go kochasz- powtórzył. Jego ton był spokojny i normalny, jakby pytał o godzinę lub, czy poda mu sól.
            Eladiera wbiła uważne spojrzenie w jego profil, ale on jakby tego nie zauważał.
-Nie- szepnęła, zrezygnowana opuszczając ramiona i wbijając wzrok w palce, którymi skubała koronkowy rękaw sukni.
-Tak myślałem- mruknął w zamyśleniu, jakby sam do siebie. –Miłość przyjdzie z czasem. Twoja matka i ja też nie pokochaliśmy się od razu. Na początku mnie nie znosiła- odparł, uśmiechając się delikatnie pod nosem.
            Eladiera przygryzła wargę. Chciała protestować, chciała krzyczeć, chciała powiedzieć mu, że nie można zmusić kogoś do miłości.
            Ale nie miała serca mu tego zrobić. Zwłaszcza teraz, gdy wspominał jej matkę.
            Eladiera rozumiała, że to jej obowiązek i musi go wypełnić. Dla dobra kraju. Dla jej ojca. Ale na pewno nie dla niej.
-Ty i mama to zupełnie co innego- westchnęła, wciąż skubiąc rękaw sukni. Lerrodiel spojrzał na nią z ukosa, a potem znowu wbił wzrok w błękit nieba, tak bardzo przypominający kolor jego oczu. –Wy byliście sobie pisani, a Limannel i ja…
-A skąd wiesz, czy wy również nie jesteście sobie pisani? Dlaczego tak łatwo go przekreślasz?- podniosła wzrok i zdziwiła się odrobinę, napotykając błękit jego oczu. Głęboki i niczym nie zmącony, niczym niebo latem.
-No bo…- westchnęła. –Bo Limannel jest taki zimny i niewzruszony. Jak kamień. Czasem, gdy jesteśmy sami, okazuje mi odrobinę ciepła, a gdy już myślę, że udało mi się rozniecić tę iskrę, ona gaśnie, a on znowu zachowuje się tak jak wcześniej- odparła, odwracając się tyłem do okna i kręcąc ze zrezygnowaniem głową. –Nie chcę żeby mój mąż okazywał jakiekolwiek uczucia tylko na osobności, a w towarzystwie innych zmieniał się w lodowy posąg.
-To dlatego tańczyłaś z tym młodym Strażnikiem?- Eladiera podniosła wzrok na ojca, zaskoczona, ale uniosła brwi, widząc radosne iskierki w jego jasnych oczach.
-To był tylko taniec. Poza tym, to on zaprosił mnie. A z tego co wiem, kultura osobista wymagała bym się zgodziła- odparła, a Limannel uśmiechnął się pod nosem.
            Zawsze jej się wydawało, że ma normalną rodzinę. Nadopiekuńczy ojciec, denerwujący brat starszy o siedem minut, dziadkowie uwielbiający żarty i grę w krykieta. Brakowało tylko matki, która zmarła, gdy Elandiel i ona mieli po dwa lata.
            Ale poza tym, byli najnormalniejszą rodziną.
-Fakt, że mam cztery tysiące lat nie oznacza, że nie mogę skopać tyłka chłopakowi, który podrywa moją córkę- powiedział Limannel, śmiejąc się, a Elandiela do niego dołączyła.
            Cóż. Rodzinę normalną na tyle, na ile mogła być normalna elficka rodzina królewska.
            Czyli nie za bardzo.
_________________________________________________________________

Witam. Chciałam od razu przeprosić za paskudny wygląd bloga. Czekam za szablonem, więc niebawem to się zmieni.
Mam nadzieję, że się podobało. Choć pewnie i tak na razie nikt tu nie zajrzy. 

1 komentarz:

  1. No witam, witam!
    Pierwszy rozdział jest naprawdę bardzo wciągający i ciekawy, bardzo podoba mi się w jaki sposób piszesz itp. ( nie jestem zbyt profesjonalna xD) Zostawiłaś link na moim blogu więc postanowiłam zajrzeć i mogę z ręką na sercu przyznać, że nie żałuję! Naprawdę ciekawie się zapowiada, życzę Ci weny i na pewno jeszcze tu zajrzę. :))
    Pozdrawiam.xx
    special-fanfiction.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń