sobota, 21 marca 2015

Rozdział 4

4.

Dżinsy, trampki i samochody.

    Nagłe jasne światło zakuło ją w oczy. Zakrył je dłonią i usiadła, czując lekkie mdłości. Czuła się jakby ktoś wrzucił ją do wirującej beczki, a potem wyciągnął gwałtownym szarpnięciem. Zmusiła się by wstać i ze zdziwieniem stwierdziła, że jej suknia jest sucha. Wygładziła ją z roztargnieniem i pierwszy raz, rozejrzała się dookoła.
            Nie była już w lesie. Była w mieście. Chyba. Stała na czymś twardym i ciemnym, co przypominało drogę. W oddali majaczył dom dziwnie przypominający te ludzkie. Ulicę oświetlały latarnie, ale była pewna, że te nie miały w środku świec. Wzdłuż drogi rosły niskie, zielone krzaki.
            Nagle niebo rozjaśniło dziwne światło, a jej uszu dobiegł głośny huk, który poczuła w pustym żołądku. Nie jadła od śniadania. Coś kapnęło jej na nos. Zadarła głowę, a widząc piorun na nocnym niebie, krzyknęła zaskoczona.
            W Liman ul Thien niby nie było burz.
            Nagle zaczęło lać, jakby ktoś odkręcił kurki, a ona zadrżała, czując zimne krople spływające jej po plecach.
            Na końcu ulicy zobaczyła światło. W sumie dwa. Zbliżały się do niej z dużą prędkością. Oplotła się ramionami i cofnęła, mając złe przeczucia.
            Po chwili obok niej zatrzymała się dziwna maszyna. Miała cztery koła, był oszklona dookoła i miała z przodu dwie lampy, które rozjaśniały mrok nocy. Nie wiedziała nigdzie koni, które by to ciągnęły. Mimo to, to coś jechało. Przypominało trochę karetę, tyle że bez woźnicy i koni.
            A może jednak z woźnicą.
            Szyba opuściła się nagle, a ze środka spojrzała na nią uśmiechnięta twarz. Ciemne włosy i radosne, brązowe oczy. Żadnych kłów, pazurów, kopyt, skrzydeł, szpiczastych uszu, czy rogów. Dopiero po chwili ujrzała kocie źrenice.
-Idziesz na tę imprezę u Sullywanów?- zapytał, a Eladiera zamrugała zdziwiona. Czy Sullywan był jakimś wielkim czarodziejem, którego powinna znać? Wszyscy widzą, że czarodzieje mają słabość do przyjęć. –Wsiadaj. Podrzucę cię. My też tam jedziemy. Słyszałem, że szykuje się niezły ubaw- odparł i otworzył jej drzwi. Eladiera z niepokojem spojrzała na czarny skórzany fotel, ale w końcu wsiadła do środka. Wolała to niż moknięcie na deszczu.
            Zamknęła za sobą drzwi i po chwili ruszyli, a ona zacisnęła dłonie na fotelu, z całych sił starając się nie wrzeszczeć.
-Fajny kostium. Elf, tak?- dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności faerie, siedzącej za nią. Obejrzała się na nią. Jej różowe skrzydła wyglądały jakby zrobiła je z materiału i różowych piórek, a kusa, różowa spódniczka pokazywała prawie całe nogi.
            Kiwnęła głową bez słowa. Faerie zawsze były ekstrawaganckie.
-Ja jestem Wielkim Czarodziejem Chadem McGergorem- odparł chłopak, uśmiechając się. –Ten pomysł z kocimi oczami był jej. Ale muszę przyznać, całkiem niezły, no nie?
-Pewnie, że niezły! Bo mój! W całym Nowym Jorku nie ma seksowniejszej wróżki- dziewczyna zaśmiała się, a chłopak wywrócił oczami. Eladiera uniosła brwi. Nowy Jork? Co to takiego?
-Skromna jak zawsze- mruknął Chad. –To moja kumpela Effie. A ty? Jak się nazywasz?
-Eladiera- odparła, a Chad i Effie spojrzeli na nią dziwnie.
-Takie elfickie. Ładnie to sobie wymyśliłaś. Ale tak serio, jak masz na imię?- zapytała Effie, wychylając się z tylnego siedzenia. Eladiera zamrugała kilkakrotnie, zdziwiona.
-Przecież już mówiłam. Eladiera. Tak ma na imię- Chad spojrzał na Effie w lusterku, unoszą brwi. Ta zrobiła zamyśloną minę, a potem klepnęła się w czoło, jakby coś sobie przypomniała.
-Jesteś z Europy. Zgadłam?- zapytała, szczerząc w uśmiechu dziwnie proste i gładkie zęby. Eladiera jeszcze nie widziała faerie bez zębów ostrych jak noże.
-Z Europy?- powtórzyła, unosząc brwi. Effie już otwierała usta, by coś powiedzieć, gdy nagle odezwał się Chad.
-Jesteśmy. Imprezkę czas zacząć!- zawołał i wyłączył tę dziwną machinę, która od razu ucichła. Eladiera wyszła na zewnątrz i chciała jeszcze zapytać dziwnej pary, gdzie jest, ale ich już nie było. Zamrugał zdziwiona i rozejrzała się dookoła. Wszędzie było pełno podobnych maszyn i najróżniejszych istot, kręcących się z czerwonymi kubkami w rękach. Spojrzała na duży dom, ozdobiony dyniami ze świeczkami w środku, szkieletami, nietoperzami, pajęczynami i kolorowymi lampkami. Uniosła brwi. Wyglądał dziwnie ludzko.
-Pardąsik- obejrzała się na wampira w dziwacznym, czarnym płaszczu z wysokim kołnierzem, zaciekami krwi na twarzy i z dziwnymi kłami, które wyglądały jakby były doklejone. I wcale nie był przystojny.
            Odsunęła się, a wampir przeszedł obok, rozmawiając z kimś, kto narzucił na siebie białe prześcieradło i wyciął otwory na oczy. Szli w kierunku ogrodu.
            Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że słyszy dudniącą muzykę, w niczym nie przypominającą nudnego brzdękania harfy, do którego przywykła. Ruszyła za nią jak zahipnotyzowana, co krok spotykając dziwniejsze stworzenia. To prawie przemieniony wilkołak, to skrzat, to wróżka, to mumia (one istniały?), to jakiś czarodziej, to jakiś wampir. Spotkała nawet pół chłopaka-pół konia.
            Dziwny ten Nowy Jork.
            Zorientowała się, że muzyka pochodzi z dużych czarnych skrzynek rozstawionych w ogrodzie, a zespół stoi na scenie kawałek dalej. Mieli dziwne gitary i coś co wyglądało jak kupa garnków. Jeden z nich śpiewał w zupełnie inny sposób niż elfy, które znała.
            Mieli na sobie czarne, skórzane kurtki, krótkie włosy nastroszone, ubrani byli w ciemne, sztywne spodnie i dziwne buty. Z czarnego materiału i białej gumy z mnóstwem białych, miękkich sznurówek. Byli chyba wampirami, bo mieli krwawe zacieki w kącikach ust (to wyjątkowo dziwny i obleśny zwyczaj tutejszych wampirów?) i byli przystojni.
No, przynajmniej część z nich.
            Na pewno do grona tych przystojnych zaliczał się jeden z gitarzystów.
            Był wysoki i dobrze zbudowany; kurtka opinała się odrobinę na jego ramionach, miał czarne, kręcone włosy, opadające na przeszywające, niebieskie oczy. Jego stuwatowy uśmiech przyprawił o palpitację pewnie już nie jedną dziewczynę. W niczym nie przypominał chłopaków, z którymi Eladiera miała wcześniej do czynienia. Wydawał się rozluźniony, poruszał się swobodnie po scenie, jakby robił to od zawsze. Sprawiał wrażenie niegrzecznego.
A nic tak nie pociąga nastolatek, jak niegrzeczni chłopcy.
            Nagle, jakby czując, że Eladiera patrzy na niego od dłuższej chwili, podniósł wzrok i ich spojrzenia się spotkały.
            Najpierw uderzyło ją to, że nawet z takiej odległości jego oczy są oszałamiająco jasne i niebieskie. Potem, że niewiarygodnie hipnotyzujące. Na końcu zdała sobie sprawę, że jej ciało przeszywa dreszcz, jakby patrzyła na jadącą wprost na nią karetę.
            Chłopak rozszerzył lekko oczy, więc uznała, że on poczuł coś podobnego.
            Albo zobaczył coś dziwnego.
-Witaj, piękna elfko, zatańczysz?- uniosła brwi i obejrzała się na chłopaka w dziwnym stroju. Miał niebieski, okrągły hełm w ręce, koszulkę z numerem 1, ochraniacze na barkach i nogach, obcisłe, krótkie spodnie i dziwaczne, niskie, sznurowane buty z dużą ilością korków na podeszwach.
            Co to za dziwak? Nie rozpoznał jej? Myślała, że jej przekleństwem jest to, że wszystkie stworzenia Prawdziwego Świata, czyli Zaklęci, znali ją i całą jej rodzinę. Dlatego nie lubiła odwiedzać miast w okolicy Liman ul Thien.
            Już miała odprawić go z kwitkiem, gdy nagle coś do niej dotarło.
            Nie wiedziała gdzie się znajdowała, ale gdziekolwiek to było, nie było tu jej ojca, ani Limannela.
-Z przyjemnością- odparła, obdarzając dziwaka szerokim uśmiechem. Ten złapał ją za rękę i zaprowadził pod samą scenę, a gdy Eladiera czekała aż ją obejmie, by mogli zacząć tańczyć, (przy okazji, jak można tańczyć do takiej muzyki?) gdy on zaczął się dziwnie kiwać na boki, potrząsać głową i rękoma. Uniosła brwi, zdumiona patrząc na jego wyczyny. On uśmiechnął się szeroko.
-Na co czekasz?- zapytał, a ona uśmiechnęła się lekko i dała porwać muzyce.
~~~
            Gdy stała przy stole z napojami i patrzyła na tłum tańczących faerie, podeszła do niej wysoka i ciemnowłosa wampirzyca. Ubrana była w obcisłą czarną sukienkę i ciężkie buty i skórzaną kurtkę. Na dłoniach miała czarne rękawiczki bez palcy.
-Śmierdzisz elfem na kilometr- mruknęła, nalewając sobie do kupka różowego napoju. Eladiera uniosła brwi i pociągnęła łyk wody. Jakaś miła odmiana po tych słodkich i mdłych nektarach. –Nie powinno cię tu być, Eladiero- odparła, a elfka zrobiła duże oczy i przyjrzała się jej w słabym świetle kolorowych lampek.
Była bardzo ładna. Nawet piękna. Miała długie, ciemne, falowane włosy, opadające na jej chude plecy i biust. Drobne ciemne brwi, miała zmarszczone, wydatne, czerwone usta wykrzywione w grymasie, mały, zgrabny nosek marszczyła delikatnie, jakby nie podobał jej się zapach. Głębokie, niebieskie oczy zdawały się świecić w ciemności. Miała urodę porcelanowej laleczki, ale jej strój mówił, że raczej takową nie była. Wyglądała raczej na twardą sztukę.
Może jednak nie wszyscy Zaklęci jej nie znali?
-Niby dlaczego?- zapytała Eladiera, unosząc brew. Ona też była twardą sztuką. Twardą i wyjątkowo upartą.
-Bo jesteś córką Króla. A córki Króla nie szwędają się po imprezach w Nowym Jorku. Dlatego- odburknęła, mierząc ją ciężkim spojrzeniem brązowych oczu. –Nie powinnaś być teraz w Retres ze swoimi niańkami?- zapytała, pijąc z czerwonego kubka.
Eladiera uniosła podbródek. Czyli była w Nowym Jorku. Tylko gdzie to jest?
-Mam siedemnaście lat i niańki są mi nie potrzebne. Jestem już prawie dorosła- odparła, a wampirzyca zaśmiała się melodyjnie.
-Słuchaj, dzieciaku, mam trzysta lat i gdy mówię, że jesteś dzieciakiem, to nim jesteś. Zrozumiano?- Eladiera spojrzała na nią zabójczym spojrzeniem, a ona tylko się wykrzywiła i odstawiła kubek na bok. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia parę lat. –Lepiej wracaj do Retresu, do swojego tatusia. To nie miejsce dla ciebie- mruknęła, a potem ruszyła przed siebie.
-Nie wrócę tam. Uciekłam i nie mam zamiaru widzieć się z ojcem- odparła Eladiera, a wampirzyca zamarła wpół kroku. Odwróciła się do niej wolno z zaskoczeniem wypisanym na twarzy. Najwyraźniej nie spodziewała się tego po córce Króla Elfów.
-Jak to „uciekłaś”?- zapytała, a Eladiera wzruszyła ramionami.
-Mam swoje sposoby- odparła, a wampirzyca mierzyła ją przez chwilę wzrokiem. W końcu podeszła do niej i podała jej małą karteczkę.
-Trzymaj, ten człowiek ci pomoże- Eladiera spojrzała na wizytówkę.
Razmus Presto
Wielki Projektant Brooklynu
tel: 666 666 666
„Razmustycznie!”
-Zaczekaj tu. Muszę zadzwonić- poleciła jej i  poszła gdzieś, szukając czegoś w małej, czarnej torebce. Eladiera ponownie spojrzała na wizytówkę.
-Razmustycznie?- zapytała pod nosem. –Co to niby znaczy?
-To znaczy, że jestem strasznie spragniony, a tu nie ma nic oprócz tego słodzonego chłamu- odparł jakiś chłopak, krzywiąc się. Eladiera spojrzała na niego i uniosła brwi, rozpoznając wokalistę zespołu, który teraz najwyraźniej zrobił sobie przerwę. –Niezły kostium, mała. Zawsze kręciły mnie elfy- dodał, uśmiechając się głupio, a ona aż się zagotowała.
Mała? Mała?! Jak on śmie?!
Eladiera zacisnęła pięści i wyprostowała się na całe swoje sto siedemdziesiąt trzy centymetry, prawie równając się ze swoim rozmówcą. W ogrodzie zrobiło się nagle ciemniej, jakby ktoś zgasił lampki świecące nad ich głowami.
-Przepraszam, jak mnie nazwałeś?!- warknęła, a wampir wytrzeszczył oczy i zbladł odrobinę.
-Ja… ja tylko… chciałem…
-Tak właśnie wygląda dziewczyna, która cię nie chce- nagle za wampirem, stanął drugi wampir, klepiąc go po ramieniu. Eladiera uniosła brwi, rozpoznając w nim przystojnego gitarzystę. W ogrodzie znowu zrobiło się jasno. –Pewnie trudno ci to zrozumieć, ale spokojnie, szok minie. Kiedyś- dodał sarkastycznym tonem, uśmiechając się półgębkiem. –Przepraszam za tego palanta. Myśli, że jak śpiewa w zespole, to wszystkie dziewczyny go chcą. Co dziwniejsze, w większości przypadków tak właśnie jest.
-W takim razie tutejsze dziewczyny mają koszmarny gust- mruknęła Eladiera, a śpiewak wyglądał jakby dostał w brzuch. Gitarzysta uśmiechnął się szerzej i wyciągnął do niej rękę.
-Jestem Jasper. A ten palant do Dean- przedstawił się, a Eladiera przez chwilę patrzyła ze zdziwieniem na jego wyciągniętą kończynę. Czy to nie ona powinna pierwsza podać mu rękę?
-Eladiera- podała mu swoją dłoń, a on, zamiast ucałować jej grzbiet, jak przystało na gentlemana, uścisnął ją i potrząsnął, jakby witał się z mężczyzną. Eladiera uniosła brew.
-Jeszcze nie słyszałem takiego imienia- stwierdził Jasper, z zamyśleniem. –Pewnie nie jesteś stąd?- zapytał, a ona spojrzała kątem oka na Deana, który od dłuższej chwili gapił się na nią z otwartymi ustami.
-Nie, nie jestem stąd- powiedziała, zgodnie z prawdą.
Jasper zmarszczył brwi, jakby chciał jeszcze o coś zapytać, gdy nagle podeszła do nich wampirzyca.
-Chodź. Zmywamy się stąd- mruknęła, łapiąc ją za rękę i ciągnąc za sobą.
-A-ale…
-Idziemy- przerwała jej, niczym wkurzona matka, nie zatrzymując się nawet na chwilę.
Eladiera obejrzała się i posłała przepraszający uśmiech Jasperowi. Ten wzruszył ramionami i kiwnął głową, uśmiechając się w ten swój sposób.
-Gdzie mnie ciągniesz?- zapytała elfka, z trudem nadążając za wampirzycą, która sunęła przez ogród z dużą prędkością. Nie miała nawet zadyszki. Bo była wampirem i nie oddychała.
Bo wampiry nie żyją.
Przynajmniej teoretycznie.
-Do Razmusa. On będzie wiedział co z tobą zrobić- odparła, a Eladiera wzdrygnęła się mimowolnie. Te słowa nie brzmiały zbyt pokrzepiająco.
-Nawet cię nie znam. Ani tego całego Razmusa. Skąd mam wiedzieć, że nie jesteście mordercami i nie zrobicie mi krzywdy?- wampirzyca rzuciła jej zirytowane spojrzenie przez ramię, przecinając parking.
-Jestem Anabelle. Już mnie znasz- mruknęła, zatrzymując się przed czarnym wozem bez koni. Był niski, długi, wyglądał na szybki i drogi. Eladiera spojrzała na niego nieprzekonana. –Wsiadaj- poleciła jej wampirzyca, a po chwili sama zniknęła we wnętrzu machiny. Elfka zacisnęła usta i wsiadła do środka, zamykając za sobą drzwi. –Posłuchaj mnie teraz uważnie- zaczęła Anabelle, a Eladiera przeniosła na nią spojrzenie, starając się opanować chęć ucieczki. –Nie wiem jakim cudem się tu dostałaś, ale jesteś teraz w Nowym Jorku. Może ci się wydawać, że nie zrobiłaś nic wielkiego i nadal jesteś w Retresie. Ale tak nie jest. Trafiłaś do świata Wyklętych. Jesteś w ludzkim mieście- odparła, a Eladiera wytrzeszczyła oczy i spojrzała na grupkę nastolatków za szybą. Dopiero teraz zauważyła, że niebieskie skrzydła czarownicy są sztuczne, pazury wilkołaka zdejmowane, a rogi faerie odczepiane.
Była w świecie ludzi.
Widziała trampki i dżinsy.
A teraz siedziała w samochodzie.
Wrzasnęła tak głośno, że tamta grupka spojrzała dziwnie w kierunku samochodu.
-Och, przymknij się. Łeb mi pęka od tego hałasu- mruknęła Bella, krzywiąc się.
A potem zobaczyła dziewczynę o niebieskiej skórze, z rogami, liśćmi zamiast włosów i zębach ostrych jak szpilki. To z pewnością nie był kostium. To była dziewczyna faerie.
Ale co ona robiła wśród ludzi? I to jeszcze nie objęta czarem?
-Tam! Tam jest faerie! Jestem pewna, że to nie kostium!- wykrzyknęła, wskazując na niebieską dziewczynę. Wampirzyca spojrzała we wskazanym kierunku i westchnęła.
-Tak, to faerie- przytaknęła, a Eladiera wytrzeszczyła na nią oczy. –Nie jest objęta czarem, bo dzisiaj jest Halloween. Durne święto Wyklętych, gdy przebierając się za Zaklętych i straszą dzieci- wykrzywiła się. –Jakby potrzebowali święta żeby straszyć dzieci- prychnęła, a Eladiera uniosła brwi. –No co? Każdy ma jakieś hobby- odparła, wzruszając ramionami i zapalając silnik. Po chwili wyjechały z parkingu.
            Eladiera nie do końca rozumiała co się stało. Ani jak to się stało. Ale wiedziała, że jakimś cudem dziadek wysłał ją do świata ludzi.
             A to było jednocześnie wspaniałe i przerażające.

________________________________________________________________

No to tyle.
Cześć.

środa, 11 marca 2015

Rozdział 3




3.

Stary dziwak.

       Biegła przed siebie nie zważając na to, że elfy się za nią oglądają. Ani na to, że wieczór jest chłodny, a ona nie wzięła nic do okrycia ramion. Ani na to, że jej długa suknia zaczepiała się o gałązki i krzaki. Ani na to, że płakała.
            Była tak wciekła, że nic ją nie interesowało.
            W końcu zatrzymała się w środku lasu, z dala od wszystkich.
            Tak jej się przynajmniej wydawało.
-To bułka pszenna?- odwróciła się gwałtownie, słysząc za sobą jakiś głos. I aż krzyknęła, gdy zobaczyła kto to powiedział.
            Był to elf. Elf tak stary, że jego rzadkie włosy stały się zupełnie białe, blada skóra pomarszczyła się jak suszona śliwka, chude plecy były zgarbione pod ciężarem przeżytych lat, niegdyś błękitne oczy były zaszyte białą mgiełką, ubrania wyglądały jakby były zrobione z liści i futer, a na wierzchu prawej dłoni rósł mały grzybek.
            Olliminel. Jej pra-pra-pra-pra-pra i tak chyba jeszcze z tysiąc razy, dziadek. Najstarszy żyjący elf. Zabawne, że jego imię oznacza „młodzieniec”. Niektórzy sądzą, że już chodził po świecie, gdy rodziły się pierwsze gwiazdy. Ale to niemożliwe żeby był aż tak stary.
            A może…
-Wystraszyłeś mnie dziadku- powiedziała, zła na siebie, że tak łatwo dała się zaskoczyć.
-Pszenna?- zapytał ponownie, wskazując na jej rękę, a ona dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wciąż trzyma w niej bułkę. Westchnęła i kiwnęła głową.
-Tak, proszę-wyciągnęła do niego rękę, a on uśmiechnął się i pokręcił głową.
-Lepiej ty zjedz. Jesteś głodna, Etia- poklepał ją po dłoni, a ona z wdzięcznością zajęła się jedzeniem.
            Dziadek zawsze nazywał ją „Etią”. To tornado w staroelfickim. Nie wiedziała dlaczego tak do niej mówił, ale jej to nie przeszkadzało.
            Lubiła odwiedzać dziadka. Robiła to odkąd w dzieciństwie przypadkiem znalazła go szwędając się po lesie. Lub raczej to on znalazł ją. Zawsze opowiadał jej bajki Pierwszych Elfów.
Mieszkał w lesie, z dala od cywilizacji, zgiełku i innych elfów. Tylko on, las i niebo. Zupełnie jak Pierwsze Elfy.
-Pokłóciłaś się z ojcem- odparł, a Eladiera, spojrzała na niego, unosząc brwi. Głowę miał zadartą, patrzył w niebo. Zawsze wiedział co się stało. Gdy go pytała skąd to wie, odpowiadał, że wyczytał to z gwiazd. Olliminel przekrzywił lekko głowę, jakby na coś patrzył. –I jesteś zła na narzeczonego. Dlaczego?- spojrzał na nią nagle, odwracając się gwałtownie, a Eladiera uśmiechnęła się, opierając się o młodą sosnę.
-Wszystko wyczytałeś z gwiazd, a tego nie?- zapytała, a starzec zmierzył ją uważnym spojrzeniem.
-Gwiazdy nie mówią mi wszystkiego, Etia. Bo gdyby tak było, głowa by mi pękła od tego ciągłego gadania- mruknął, a ona zachichotała, czując jak złość mija, zamieniając się w dziwną pustkę.
-Po prostu mam dość tego, że inni robią wszystko za mnie. Mam prawo do własnego zdania.
-Wszyscy mają prawo do własnego zdania- zgodził się z nią Olliminel, stając obok niej, a ona obróciła głowę, patrząc mu w oczy zaszyte mleczną mgiełką. –Wszyscy oprócz córek Króla- dodał, a Eladiera zgromiła go spojrzeniem.
-To nie fair- mruknęła, wbijając wzrok w czubki butów.
-A kto powiedział, że życie jest fair?- zapytał, wyciągając do niej kościstą rękę z małym grzybkiem na jej wierzchu. Chwyciła ją i przeszła z nim kawałek. Zatrzymali się na malutkiej polanie, otoczonej brzozami. Światło księżyca wydawało się tu jaśniejsze, a wszystko wokół miało wyraźniejsze kontury. –Jak to mówią ludzie: Live is brutal- odparł, a Eladiera, mimo dziwnej pustki w środku, zachichotała rozbawiona.
-Dziadku, skąd wiesz tyle o ludziach?
            Zawsze, gdy go odwiedzała opowiadał jej najróżniejsze historie o ludziach. O ich królach, dzielnych rycerzach i damach w opałach. Potem o kowbojach, lordach w eleganckich farach i wreszcie o normalnych ludziach w dżinach i trampach, jeżdżących samo jeżdżącymi pojazdami, zwanymi samochodami.
            Nie wiedziała co to dżinsy i trampki, ale nie chciała zaprzątać sobie tym głowy.
            Lubiła słuchać dziwnych historii o ludziach. Wydawali jej się ciekawą rasą. Inni uważali ich za półgłówków, bo nie dostrzegali Prawdziwego Świata, Retresu, który był ojczyzną wszystkich magicznych istot. Mieli upośledzony Wzrok i uważali wróżki, skrzaty, elfy i krasnoludy za bajki. A duchami, wampirami, demonami i wilkołakami straszyli dzieci.
Ale ona lubiła ich właśnie za ich ułomność. Mieli takie normalne, spokojne życia. Nie zamartwiali się tym, że jakiś goblin zjadł im petunie posadzone przed domem. A nawet jeśli jakiś je zjadł, myśleli, że to dziwny przypadek i sadzili nowe, nie myśląc o tym.
A przede wszystkim, nie musieli oddawać czci elfickiej rodzinie królewskiej. Nie wiedzieli nawet, że takowa w ogóle istnieje.
I to jej się podobało.
-Gwiazdy czasem odsłaniają przede mną sekrety ich życia- wskazał na niebo usłane świecącymi punkcikami. –A czasem po prostu zbyt głośno plotkują- mruknął, krzywiąc się, wywołując uśmiech na jej ustach.
-Czasem chciałabym zobaczyć jak wygląda ich świat- westchnęła, patrząc zamyślona na księżyc, który, jakby widząc, że jest obserwowany, wychylił się leniwie zza chmury.
-Naprawdę?- zapytał Olliminel, a ona spojrzała na niego i kiwnęła głową.
-Tak. Zawsze chciałam przejechać się samochodem ubrana w dżinsy i trampki- odparła, a Olliminel uśmiechnął się szeroko, ukazując braki w uzębieni i podskoczył wysoko, stukając podeszwami butów, z zadziwiającą sprawnością, jak na jego wiek.
-Doskonale!- zawołał i mamrocząc coś pod nosem, podszedł do konara leżącego kawałek dalej, który porastał zielony mech. Nachylił się nad nim, jakby czegoś szukał. –Gdzie ja to zostawiłem? Gdzieś tutaj. A może to było w innym lesie?- urwał, prostując się z zamyśloną miną. –Nieee. To musi gdzieś tu być.
-Dziadku, wszystko w porządku?- uniosła brew, patrząc z lekkim niepokojem na wyczyny starca, choć nie powinna być zdziwiona. Olliminel był starym dziwakiem. A starzy dziwacy robią dziwne rzeczy.
Starzec wyrzucał za siebie garści zgniłych liści, mchu i ziemi, szukając czegoś w powalonym konarze.
-Zaraz, gdzieś tu… Mam!- wykrzyknął, unosząc coś w triumfalnym geście. Eladiera mimo jasnego światła księżyca nie mogła dostrzec, co to jest. –Tyle lat czekałem. Nareszcie! Nareszcie!
-Dziadku, dobrze się czujesz?- zapytała, a starzec obrócił się do niej gwałtownie, z poważną miną i w kilku krokach pokonał dzielącą ich odległość.
-Jak bardzo chcesz zobaczyć świat ludzi, Etia?- szepnął, nachylając się do jej twarzy tak, że Eladiera odsunęła się odrobinę, zbaraniała.
-Bardzo- odparła. –Ale nie rozumiem jaki to ma związek z…
-Cudownie!- wykrzyknął, przerywając jej i pociągnął za sobą. Szedł tak szybko, że Eladiera ledwo za nim nadążała. Jakim cudem tak stary elf może tak pędzić?
            Zatrzymał się dopiero przed niewielkim jeziorem, otoczonym zielonymi drzewami.
-Stań tam- odparł, z roztargnieniem wskazując jezioro. Eladiera uniosła zdumiona brwi i spojrzała na starca, który wciąż mamrotał coś pod nosem.
-Mam wejść do jeziora? Ale woda jest bardzo…
-Stań tam, Etia- powiedział z taką siłą w głosie, że Eladiera nie miała odwagi go nie posłuchać. Bez słowa weszła do jeziora, zanurzając się po pas. Nagle zerwał się wiatr, a ona zadrżała z zimna.
-Dziadku, co się dzieje?- zapytała, czując jak woda dziwnie faluje. Ptaki z pobliskiego drzewa przeleciały tuż nad jej głową, a ona zdziwiona zadarła głowę, patrząc na księżyc który wolno wyłaniał się zza chmur. Nagle, zupełnie jak na komendę, las zagrzmiał od zbiorowych krzyków zwierząt. Ptaki ćwierkały, wilki wyły, pumy ryczały.
            Kątem oka dostrzegła jak Olliminel wrzucił coś do rzeki. Po chwili jego dno rozświetlił czerwony blask, a wokół jeziora powstało mini tornado, plącząc jej włosy i izolując od reszty świata. Ryki zwierząt się wzmogły, a tedy światło  księżyca padło na jej skórę. Czuła dziwne ciepło i pulsowanie, jakby ziemia drżała.
-Gala Luna, uttien ela vidda, liman ul diel, lerro tia mottien: Etia!- zawołał starzec, a jego głos dziwnie wzmocniony, poniósł się echem po lesie.
Nagle wszystko ucichło tak gwałtownie, że zadrżała. Poczuła lekkie szarpnięcie.
            Ostatnie co słyszała, to słowa Olliminela:
-Gdy będziesz chciała wrócić, weź go do ręki i pomyśl o domu!
A potem pochłonęło ją jezioro.

______________________________________________________

Rozdział trzeci. Dziękuję za te parę komentarzy.
Do następnego.

sobota, 7 marca 2015

Rozdział 2

2.

Bułka.

Obudził ją stukot końskich kopyt na dziedzińcu. Przyjechał!
            Zerwała się z łóżka i podbiegła do okna, omal nie przyprawiając o zawał nimfy, która przyniosła jej śniadanie na srebrnej tacy.
-Panienko!
            Ale Eladiera była zbyt pochłonięta widokiem za oknem, by zwrócić uwagę na nimfę.
            Na dziedziniec, przez Północną Bramę, wjeżdżali po kolei najmężniejsi członkowie Leśnej Straży w zbrojach. Eladiera liczyła ich w myślach.
            Trzy, cztery, pięć, sześć…
            Na samym końcu, na czarnym rumaku, którego Eladiera poznała z daleka, jechał najwspanialszy i najprzystojniejszy Strażnik- Limannel- Kapitan Leśnej Straży i jej narzeczony.
            Eladiera pisnęła uradowana. Może nie kochała go dość, by za niego wyjść, ale bardzo go sobie ceniła i darzyła miłością- przyjacielską.
-Limannel!- wykrzyknęła i wybiegła ze swojej komnaty w piżamie, nie zważając na krzyki nimfy, która leciała za nią przez zamek.
            Eladiera wypadła na dziedziniec, przyciągając uwagę wszystkich, w momencie, gdy Limannel zdejmował hełm i zsiadał z konia, by uklęknąć przed królem.
-Limannel!- słysząc swoje imię, Kapitan uniósł głowę i uniósł zdziwiony brwi, widząc swoją narzeczoną w piżamie, jeszcze rozczochraną i wygniecioną po śnie. Wstał powoli i skłonił głowę w geście pełnym szacunku.
-Królewno…- nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo Eladiera rzuciła się nie niego, tuląc do niego mocno.
-Wróciłeś!- pisnęła i, ku zaskoczeniu wszystkich, cmoknęła go prosto w usta.
            Najbardziej zdziwiony był sam Limannel.
-Eladiero…
-Tęskniłam za tobą! Następnym razem weźmiesz mnie ze sobą, dobrze?- zapytała, odsuwając się od niego, by spojrzeć w jego niebieskie oczy.
            Limannel był bardzo przystojny, jak każdy Strażnik. Ale on w szczególności. W końcu był Kapitanem.
            Miał czarne, krótkie włosy. Ściął je, ponieważ przeszkadzały mu w walce. Wysokie, wystające kości policzkowe. Tajemnicze, niebieskie oczy, różowe usta i krzywy nos. Kiedyś wredny troll mu go złamał i krzywo się zrósł. Ale to tylko dodawało mu uroku. Był wysoki, smukły, umięśniony i poruszał się bezszelestnie, z gracją pantery, jak każdy Strażnik.
            No i, był doskonałym wojownikiem. Mimo, że miał dopiero osiemnaście lat.
-Nie sądzę, żeby to był dobry…
-Eladiero! Później przywitasz się ze swoim ukochanym. Wracaj do swojej komnaty, złotko- dziewczyna dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności ojca. Spojrzała na niego z ukosa i, robiąc minę naburmuszonej nastolatki, wróciła do pałacu z wysoko uniesionym podbródkiem.
            W sumie to była nastolatką. I to w pełnym tego słowa znaczeniu. Była piękna, buntowała się i miała siedemnaście lat.
~~~
            Gdy nimfy pomogły jej się ubrać i uczesały ją (nigdy tego nie lubiła, ale było jeszcze gorzej, gdy chciała to robić sama), Eladiera zjadła spore śniadanie składające się ze słodkich nektarów, czerwonych owoców i małych placuszków, które wprost uwielbiała.
            Wtedy, i ani minuty wcześniej, do jej komnaty wszedł Limannel. Oczywiście, wcześniej zapukał, jak na gentelmana przystało.
            Jak zwykle wyglądał doskonale. Zmienił zbroję na wygodne, zielone szaty.
            Eladiera po raz kolejny uznała, że jest bardzo przystojny. Chyba wszystkie elfki jej zazdrościły. Widziała ich długie spojrzenia, gdy szli gdzieś ramię w ramię. Z jednej strony jej to pochlebiało, a z drugiej… Gdyby te wszystkie kobiety wiedziały jaki Limannel jest chłodny, pewnie by się tak nie cieszyły.
-Witaj Eladiero- przywitał ją, jak zwykle, w sposób, w który wita się nieznajomą osobę, a nie swoją narzeczoną.
-Jeśli chcesz mi wygłosić kazanie na temat tego „jak to się karygodnie zachowałam na dziedzińcu”, to sobie oszczędź- mruknęła, nie odwracając wzroku od okna. Siedziała na wielkim łożu z baldachimem, zwrócona do niego plecami. –Ojciec już cię uprzedził.
-Król powiedział mi o balu.
-Zdrajca- szepnęła pod nosem, krzyżując ręce na piersi.
-Powiedział, że czułaś się samotna i brakowało ci towarzystwa- powiedział, a ona uniosła głowę i jedną brew. Czyżby ojciec mu nie powiedział o tym przystojnym Strażniku? –Przepraszam, że mnie przy tobie wtedy nie było- stanął nad nią, patrząc jej w oczy, a ona poczuła, że się uśmiecha. Może jednak nie był taki oziębły? –Ale doskonale wiemy, że nie zawsze mogę być przy tobie i musisz to zrozumieć- a może jednak był. Eladiera westchnęła i wbiła wzrok w podłogę. Trwali tak przez chwilę, w ciszy, aż w końcu elfka westchnęła i mruknęła zirytowana:
-Siadaj- i usiadł. Oczywiście nie za blisko. Bo mogłaby stracić dziewictwo gdyby jej dotknął.
            Eladiera wywróciła w duchu oczami.
-Bliżej. Nie gryzę- odparła, a Limannel, po chwili wahania, przysunął się do niej. Zupełnie jakby była zdolna do ugryzienia go.
            Chociaż, kto ją tam wie.
-Więc- zataiła. –jak było w Limos el Lerro?
            Jej narzeczony spojrzał na nią uważnie, jakby chciał się upewnić, czy pyta z ciekawości, czy chce po prostu utrzymać rozmowę.
            Pytała z ciekawości. Zawsze lubiła pradawny i trochę nieokrzesany lud z Limos el Lerro. Oni jako nieliczni zachowali Prawo Pierwszych Elfów. Lubiła ich nawet, jeśli to oznaczało, że nie uznają jej ojca jako Króla. Bo jedynym Królem Elfów jest Księżyc.
            Przynajmniej według Pierwszych Elfów.
-Jesteśmy coraz bliżej przekonania Lerrojczyków do przyjęcia Nowego Prawa- odparł, a Eladiera uśmiechnęła się lekko.
-To cudownie!- odparła z udawaną radością. Tak naprawdę wcale jej to nie cieszyło. Bo jeśli Lerrojczycy w końcu się ugną i przyjmą Nowe Prawo, kto będzie kontynuował tradycję Pierwszych Elfów? W końcu wszyscy o niej zapomną, a Prawo Pierwszych Elfów stanie się tylko wspomnieniem.
            Oczywiście, o to właśnie chodziło jej ojcu.
-Ja też za tobą tęskniłem- Limannel odparł tak cicho, że w pierwszej chwili go nie zrozumiała. Zmarszczyła brwi, a gdy dotarł do niej sens jego słów, spojrzała na niego zdziwiona. Jego zazwyczaj chłodne, niebieskie oczy były teraz błękitne, jakby słońce wyszło zza chmur.
            Eladiera uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego policzku. Po chwili Limannel przykrył ją swoją. Dużą, ciemną, twardą i gładką.
-Nie mogę uwierzyć, że już za dwa tygodnie o tej porze będziemy małżeństwem- odparł, a Eladiera kiwnęła lekko głową, zgadzając się z nim.
-Tja- mruknęła. –Szybko zleciało to siedemnaście lat- dodała, a po chwili się wykrzywiła. –Nawet się nie zorientuję, jak minie kilka tysięcy lat, ja będę stara i pomarszczona, a ty uciekniesz ode mnie do jakiejś młodej lafiryndy- westchnęła, a Limannel się zaśmiał.
-Nie sądzę żeby to było możliwe- uśmiechnął się.
-Chcesz powiedzieć, że nie zostawisz mnie nawet, jeśli będę stara i pomarszczona?
-Nie- odparł. –Bo gdybym zrobił inaczej, twój ojciec obdarłby mnie ze skóry- zażartował, a ona wybuchnęła śmiechem.
            Eladiera spojrzała na ich splecione dłonie i westchnęła. Czasem zapominała jaki Limannel był młody. Przez większość czasu zachowywał się tak, jakby nie znał znaczenia słowa „żart”.
            Ale nie zawsze taki był. Gdy byli młodsi, cały czas żartowali i wygłupiali się. Zmienił się, gdy wstąpił do Leśnej Straży. A gdy został jej Kapitanem, zaczął powoli przeistaczać się w sopel lodu.
-Pamiętasz jak kiedyś wysadziliśmy króliczą norę, a faerie, który miał w niej spiżarnie przyszedł poskarżyć się na nas ojcu?- zapytała chichocząc, a Limannel uśmiechnął się na to wspomnienie.
-Tak. To było krótko po tym jak nakryliśmy Doradcę Króla na farbowaniu włosów na blond - odparł, a Eladiera ponownie zaniosła się śmiechem.
-Myślał, że jak będzie blondynem, ojciec go polubi- przez chwilę oboje się śmiali, lecz po chwili zamilkli, zamyśleni. –Tęsknie za tamtymi czasami- westchnęła i położyła się na łóżku, wbijając wzrok w baldachim z naszytymi gwiezdnymi konstelacjami. Po chwili Limannel położył się obok niej, głowa przy głowie i złapał ją za rękę. Zawsze tak leżeli, gdy byli młodsi. –Wtedy byłeś moim przyjacielem.
-A teraz nie jestem?
-Teraz jesteś moim narzeczonym- odparła i poczuła, jak Limannel odwraca głowę, by na nią spojrzeć. –Zmieniłeś się odkąd wstąpiłeś do Leśnej Straży.
-Dorosłem.
            To jedno słowo wywarło w niej niepokój. Mimowolnie zadrżała. Spojrzała na Limannela, szukając potwierdzenia, że się myli, że wciąż jest tym samym, radosnym chłopakiem, którego tak bardzo kochała.
            Ale go nie znalazła.
-Przecież masz dopiero osiemnaście lat. Nie musisz od razu być nadętym snobem- mruknęła, a on uśmiechnął się blado.
-Ty nie chcesz dorosnąć Eladiero. A ktoś musi- odparł, obdarzając ją uważnym spojrzeniem niebieskich oczu. Eladiera westchnęła i wbiła wzrok w kolorowy materiał baldachimu.
-Do bani- mruknęła i naburmuszyła się jak mała dziewczynka.
-Co jest do bani? To, że się zmieniłem, czy to, że masz jakiś dziwny kobiecy powód, by się wkurzać i prychać?
-To, że musimy brać ślub za dwa tygodnie- mruknęła. –Przecież mamy na to całą wieczność! Nie można z tym trochę poczekać? Na ja wiem? Z dwadzieścia lat? Dla elfa to mgnienie oka!
-Nie, nie możemy z tym poczekać. A to dlatego, że jesteś córką Króla i wymaga się od ciebie byś w wieku siedemnastu lat miała przystojnego męża u boku, który będzie cię wspierał i dobrze z tobą wyglądał- powiedział, a Eladiera zmarszczyła brwi.
-Nie przypominam sobie, by Nowe Prawo wspominało o wyglądzie męża królewny- odparła, odwracając się do niego, a on uśmiechnął się ujmująco i wzruszył ramionami.
-Dodali to na marginesie.
-W Nowym Prawie nie ma marginesów!- zaśmiała się, a Limannel uniósł dłonie w obronnym geście. W jednej wciąż ściskał jej.
-Masz mnie- powiedział, a ona uśmiechnęłam się, patrząc w jego oczy.
-Tak. Na całą wieczność.
~~~
            Ubrana w zieloną suknie, punktualnie o zachodzie słońca, zeszła do jadalni na kolacje. Jej ojciec miał dziwnego kręćka na punkcie punktualności.
            Kolacje jadała w towarzystwie najbliższych. Czyli jej ojca, Elandiela i Limannela. Grono najbardziej kameralne z kameralnych. Ale Eladiera lubiła ich wspólne kolacje. Mogli wtedy normalnie porozmawiać, nie martwiąc się o takie głupoty jak kultura dworska, czy opinia elfów.
-Jak zawsze piękna, siostrzyczko- na końcu schodów czekał na nią Elandiel, ubrany w odświętne szaty. Jego włosy były tradycyjnie ściągnięte do tyłu, tak by mu nie przeszkadzały.
-Ty też wyglądasz znośnie, Dielu- odparła, obdarzając brata uśmiechem, a on wywrócił oczami i wyciągnął do niej ramię, by zaprowadzić ją do stołu. Ujęła je z wdzięcznością i, dźgając się łokciami w żebra, podeszli do stołu, gdzie siedział już Limannel i Lerrodiel.
Wstali, gdy ich zauważyli.
            Elandiel odsunął jej krzesło, a gdy usiadła, miała nadzieję, z gracją, dołączyła do niej reszta.
-Pięknie dziś wyglądasz, moja droga- powiedział ojciec, obdarzając ją uśmiechem. Wzruszyła ramionami.
-Ta, dzięki i w ogóle- mruknęła, machając lekceważąco ręką. –Jedzmy już. Umieram z głodu- zawołała, łapiąc się odruchowo za brzuch, który burczał potężnie. Ojciec uniósł brwi.
-Eladiero, zachowuj się- upomniał ją, a ona wywróciła oczami, i nie czekając na innych, chwyciła za ciepłe jeszcze pieczywo. -Eladiero, doskonale wiesz, że to Król, nie jego córka, choćby nie wiem jak ją sobie cenił i kochał, rozpoczyna ucztę.
-Ale to nie uczta. To zwykła kolacja- odparła, rozrywając chrupiącą bułkę na pół. Gdy poczuła cudowny zapach, aż ślinka jej pociekła. –I daj wreszcie spokój z tymi durnymi zasadami. Jesteśmy sami- i nie zwlekając dłużej, wgryzła się w bułkę.
            A to był gryz godny Godzilli.
-Eladiero!- fuknął Lerrodiel, gromiąc ją spojrzeniem, a Elandiel ukrył uśmiech za serwetką.
            Ale najgorsze było spojrzenie Limannela. Patrzył na nią zupełnie jak ojciec. A to przelało czarę.
Eladiera zmarszczyła brwi.
-Och, na sto Księżyców, tato! Nie ma tu nikogo oprócz nas! Od śniadania nie miałam nic w ustach, więc mam gdzieś te durne zasady!- zorientowała się, że zgniata bułkę dopiero, gdy poczuła ostre okruszki wbijające się w jej skórę.
            Oczy ojca pociemniały, a jego ciemne brwi, spoczywające tuż nad nimi, tylko zwiększały ten efekt.
-Elu, przestań- szepnął Elandiel, pochylając się do niej z zatroskaną miną.
-Wyrażaj się!- ryknął ojciec, aż Diel drgnął, zaskoczony. Ona się jednak nie ruszyła. Wbiła wzrok w Limannela, który pokręcił głową i odwrócił wzrok, jakby go zawiodła.
Miała dość przestrzegania tych durnych reguł i zasad. Miała dość tego, że ojciec po śmierci matki stał się sztywnym snobem. Miała dość tego, że ojciec zmienił jej przyjaciela w swoją kopie i teraz każe jej za niego wyjść. Czara się przelała.
-Kiedy przestaniesz wszystkim mówić jak mają żyć?
-El…
-Kiedy przestaniesz zmuszać mnie i Elandiela do rzeczy, na które wcale nie mamy ochoty?
-Prze…
-Kiedy wreszcie pogodzisz się z tym, że matka umarła i już nigdy nie wróci?!- po jej słowach zapadła grobowa cisza. Nawet Diel nie próbował jej uciszyć. Było za późno.
            Twarz ojca zaszył cień. Rysy się wyostrzyły. Włosy pociemniały. Pięści zacisnęły.
            Błękitne oczy Limannela patrzyły na nią z niedowierzaniem.
-Wystarczy- Lerrodiel położył ręce na stole, wstając.
            Ale ona zrobiła to pierwsza.
-Masz rację. Wystarczy- odparła takim tonem, że miało się wrażenie, że w jadalni zrobiło się chłodniej.
            Odwróciła się na pięcie i, z uniesioną wysoko głową, odeszła, czując na sobie zszokowane spojrzenia trzech osób, na których najbardziej jej zależało.

_________________________________________________________________

Następny rozdział. Mam nadzieję, że ktoś tu zajrzy. Może. Kiedyś.