sobota, 7 marca 2015

Rozdział 2

2.

Bułka.

Obudził ją stukot końskich kopyt na dziedzińcu. Przyjechał!
            Zerwała się z łóżka i podbiegła do okna, omal nie przyprawiając o zawał nimfy, która przyniosła jej śniadanie na srebrnej tacy.
-Panienko!
            Ale Eladiera była zbyt pochłonięta widokiem za oknem, by zwrócić uwagę na nimfę.
            Na dziedziniec, przez Północną Bramę, wjeżdżali po kolei najmężniejsi członkowie Leśnej Straży w zbrojach. Eladiera liczyła ich w myślach.
            Trzy, cztery, pięć, sześć…
            Na samym końcu, na czarnym rumaku, którego Eladiera poznała z daleka, jechał najwspanialszy i najprzystojniejszy Strażnik- Limannel- Kapitan Leśnej Straży i jej narzeczony.
            Eladiera pisnęła uradowana. Może nie kochała go dość, by za niego wyjść, ale bardzo go sobie ceniła i darzyła miłością- przyjacielską.
-Limannel!- wykrzyknęła i wybiegła ze swojej komnaty w piżamie, nie zważając na krzyki nimfy, która leciała za nią przez zamek.
            Eladiera wypadła na dziedziniec, przyciągając uwagę wszystkich, w momencie, gdy Limannel zdejmował hełm i zsiadał z konia, by uklęknąć przed królem.
-Limannel!- słysząc swoje imię, Kapitan uniósł głowę i uniósł zdziwiony brwi, widząc swoją narzeczoną w piżamie, jeszcze rozczochraną i wygniecioną po śnie. Wstał powoli i skłonił głowę w geście pełnym szacunku.
-Królewno…- nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo Eladiera rzuciła się nie niego, tuląc do niego mocno.
-Wróciłeś!- pisnęła i, ku zaskoczeniu wszystkich, cmoknęła go prosto w usta.
            Najbardziej zdziwiony był sam Limannel.
-Eladiero…
-Tęskniłam za tobą! Następnym razem weźmiesz mnie ze sobą, dobrze?- zapytała, odsuwając się od niego, by spojrzeć w jego niebieskie oczy.
            Limannel był bardzo przystojny, jak każdy Strażnik. Ale on w szczególności. W końcu był Kapitanem.
            Miał czarne, krótkie włosy. Ściął je, ponieważ przeszkadzały mu w walce. Wysokie, wystające kości policzkowe. Tajemnicze, niebieskie oczy, różowe usta i krzywy nos. Kiedyś wredny troll mu go złamał i krzywo się zrósł. Ale to tylko dodawało mu uroku. Był wysoki, smukły, umięśniony i poruszał się bezszelestnie, z gracją pantery, jak każdy Strażnik.
            No i, był doskonałym wojownikiem. Mimo, że miał dopiero osiemnaście lat.
-Nie sądzę, żeby to był dobry…
-Eladiero! Później przywitasz się ze swoim ukochanym. Wracaj do swojej komnaty, złotko- dziewczyna dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności ojca. Spojrzała na niego z ukosa i, robiąc minę naburmuszonej nastolatki, wróciła do pałacu z wysoko uniesionym podbródkiem.
            W sumie to była nastolatką. I to w pełnym tego słowa znaczeniu. Była piękna, buntowała się i miała siedemnaście lat.
~~~
            Gdy nimfy pomogły jej się ubrać i uczesały ją (nigdy tego nie lubiła, ale było jeszcze gorzej, gdy chciała to robić sama), Eladiera zjadła spore śniadanie składające się ze słodkich nektarów, czerwonych owoców i małych placuszków, które wprost uwielbiała.
            Wtedy, i ani minuty wcześniej, do jej komnaty wszedł Limannel. Oczywiście, wcześniej zapukał, jak na gentelmana przystało.
            Jak zwykle wyglądał doskonale. Zmienił zbroję na wygodne, zielone szaty.
            Eladiera po raz kolejny uznała, że jest bardzo przystojny. Chyba wszystkie elfki jej zazdrościły. Widziała ich długie spojrzenia, gdy szli gdzieś ramię w ramię. Z jednej strony jej to pochlebiało, a z drugiej… Gdyby te wszystkie kobiety wiedziały jaki Limannel jest chłodny, pewnie by się tak nie cieszyły.
-Witaj Eladiero- przywitał ją, jak zwykle, w sposób, w który wita się nieznajomą osobę, a nie swoją narzeczoną.
-Jeśli chcesz mi wygłosić kazanie na temat tego „jak to się karygodnie zachowałam na dziedzińcu”, to sobie oszczędź- mruknęła, nie odwracając wzroku od okna. Siedziała na wielkim łożu z baldachimem, zwrócona do niego plecami. –Ojciec już cię uprzedził.
-Król powiedział mi o balu.
-Zdrajca- szepnęła pod nosem, krzyżując ręce na piersi.
-Powiedział, że czułaś się samotna i brakowało ci towarzystwa- powiedział, a ona uniosła głowę i jedną brew. Czyżby ojciec mu nie powiedział o tym przystojnym Strażniku? –Przepraszam, że mnie przy tobie wtedy nie było- stanął nad nią, patrząc jej w oczy, a ona poczuła, że się uśmiecha. Może jednak nie był taki oziębły? –Ale doskonale wiemy, że nie zawsze mogę być przy tobie i musisz to zrozumieć- a może jednak był. Eladiera westchnęła i wbiła wzrok w podłogę. Trwali tak przez chwilę, w ciszy, aż w końcu elfka westchnęła i mruknęła zirytowana:
-Siadaj- i usiadł. Oczywiście nie za blisko. Bo mogłaby stracić dziewictwo gdyby jej dotknął.
            Eladiera wywróciła w duchu oczami.
-Bliżej. Nie gryzę- odparła, a Limannel, po chwili wahania, przysunął się do niej. Zupełnie jakby była zdolna do ugryzienia go.
            Chociaż, kto ją tam wie.
-Więc- zataiła. –jak było w Limos el Lerro?
            Jej narzeczony spojrzał na nią uważnie, jakby chciał się upewnić, czy pyta z ciekawości, czy chce po prostu utrzymać rozmowę.
            Pytała z ciekawości. Zawsze lubiła pradawny i trochę nieokrzesany lud z Limos el Lerro. Oni jako nieliczni zachowali Prawo Pierwszych Elfów. Lubiła ich nawet, jeśli to oznaczało, że nie uznają jej ojca jako Króla. Bo jedynym Królem Elfów jest Księżyc.
            Przynajmniej według Pierwszych Elfów.
-Jesteśmy coraz bliżej przekonania Lerrojczyków do przyjęcia Nowego Prawa- odparł, a Eladiera uśmiechnęła się lekko.
-To cudownie!- odparła z udawaną radością. Tak naprawdę wcale jej to nie cieszyło. Bo jeśli Lerrojczycy w końcu się ugną i przyjmą Nowe Prawo, kto będzie kontynuował tradycję Pierwszych Elfów? W końcu wszyscy o niej zapomną, a Prawo Pierwszych Elfów stanie się tylko wspomnieniem.
            Oczywiście, o to właśnie chodziło jej ojcu.
-Ja też za tobą tęskniłem- Limannel odparł tak cicho, że w pierwszej chwili go nie zrozumiała. Zmarszczyła brwi, a gdy dotarł do niej sens jego słów, spojrzała na niego zdziwiona. Jego zazwyczaj chłodne, niebieskie oczy były teraz błękitne, jakby słońce wyszło zza chmur.
            Eladiera uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego policzku. Po chwili Limannel przykrył ją swoją. Dużą, ciemną, twardą i gładką.
-Nie mogę uwierzyć, że już za dwa tygodnie o tej porze będziemy małżeństwem- odparł, a Eladiera kiwnęła lekko głową, zgadzając się z nim.
-Tja- mruknęła. –Szybko zleciało to siedemnaście lat- dodała, a po chwili się wykrzywiła. –Nawet się nie zorientuję, jak minie kilka tysięcy lat, ja będę stara i pomarszczona, a ty uciekniesz ode mnie do jakiejś młodej lafiryndy- westchnęła, a Limannel się zaśmiał.
-Nie sądzę żeby to było możliwe- uśmiechnął się.
-Chcesz powiedzieć, że nie zostawisz mnie nawet, jeśli będę stara i pomarszczona?
-Nie- odparł. –Bo gdybym zrobił inaczej, twój ojciec obdarłby mnie ze skóry- zażartował, a ona wybuchnęła śmiechem.
            Eladiera spojrzała na ich splecione dłonie i westchnęła. Czasem zapominała jaki Limannel był młody. Przez większość czasu zachowywał się tak, jakby nie znał znaczenia słowa „żart”.
            Ale nie zawsze taki był. Gdy byli młodsi, cały czas żartowali i wygłupiali się. Zmienił się, gdy wstąpił do Leśnej Straży. A gdy został jej Kapitanem, zaczął powoli przeistaczać się w sopel lodu.
-Pamiętasz jak kiedyś wysadziliśmy króliczą norę, a faerie, który miał w niej spiżarnie przyszedł poskarżyć się na nas ojcu?- zapytała chichocząc, a Limannel uśmiechnął się na to wspomnienie.
-Tak. To było krótko po tym jak nakryliśmy Doradcę Króla na farbowaniu włosów na blond - odparł, a Eladiera ponownie zaniosła się śmiechem.
-Myślał, że jak będzie blondynem, ojciec go polubi- przez chwilę oboje się śmiali, lecz po chwili zamilkli, zamyśleni. –Tęsknie za tamtymi czasami- westchnęła i położyła się na łóżku, wbijając wzrok w baldachim z naszytymi gwiezdnymi konstelacjami. Po chwili Limannel położył się obok niej, głowa przy głowie i złapał ją za rękę. Zawsze tak leżeli, gdy byli młodsi. –Wtedy byłeś moim przyjacielem.
-A teraz nie jestem?
-Teraz jesteś moim narzeczonym- odparła i poczuła, jak Limannel odwraca głowę, by na nią spojrzeć. –Zmieniłeś się odkąd wstąpiłeś do Leśnej Straży.
-Dorosłem.
            To jedno słowo wywarło w niej niepokój. Mimowolnie zadrżała. Spojrzała na Limannela, szukając potwierdzenia, że się myli, że wciąż jest tym samym, radosnym chłopakiem, którego tak bardzo kochała.
            Ale go nie znalazła.
-Przecież masz dopiero osiemnaście lat. Nie musisz od razu być nadętym snobem- mruknęła, a on uśmiechnął się blado.
-Ty nie chcesz dorosnąć Eladiero. A ktoś musi- odparł, obdarzając ją uważnym spojrzeniem niebieskich oczu. Eladiera westchnęła i wbiła wzrok w kolorowy materiał baldachimu.
-Do bani- mruknęła i naburmuszyła się jak mała dziewczynka.
-Co jest do bani? To, że się zmieniłem, czy to, że masz jakiś dziwny kobiecy powód, by się wkurzać i prychać?
-To, że musimy brać ślub za dwa tygodnie- mruknęła. –Przecież mamy na to całą wieczność! Nie można z tym trochę poczekać? Na ja wiem? Z dwadzieścia lat? Dla elfa to mgnienie oka!
-Nie, nie możemy z tym poczekać. A to dlatego, że jesteś córką Króla i wymaga się od ciebie byś w wieku siedemnastu lat miała przystojnego męża u boku, który będzie cię wspierał i dobrze z tobą wyglądał- powiedział, a Eladiera zmarszczyła brwi.
-Nie przypominam sobie, by Nowe Prawo wspominało o wyglądzie męża królewny- odparła, odwracając się do niego, a on uśmiechnął się ujmująco i wzruszył ramionami.
-Dodali to na marginesie.
-W Nowym Prawie nie ma marginesów!- zaśmiała się, a Limannel uniósł dłonie w obronnym geście. W jednej wciąż ściskał jej.
-Masz mnie- powiedział, a ona uśmiechnęłam się, patrząc w jego oczy.
-Tak. Na całą wieczność.
~~~
            Ubrana w zieloną suknie, punktualnie o zachodzie słońca, zeszła do jadalni na kolacje. Jej ojciec miał dziwnego kręćka na punkcie punktualności.
            Kolacje jadała w towarzystwie najbliższych. Czyli jej ojca, Elandiela i Limannela. Grono najbardziej kameralne z kameralnych. Ale Eladiera lubiła ich wspólne kolacje. Mogli wtedy normalnie porozmawiać, nie martwiąc się o takie głupoty jak kultura dworska, czy opinia elfów.
-Jak zawsze piękna, siostrzyczko- na końcu schodów czekał na nią Elandiel, ubrany w odświętne szaty. Jego włosy były tradycyjnie ściągnięte do tyłu, tak by mu nie przeszkadzały.
-Ty też wyglądasz znośnie, Dielu- odparła, obdarzając brata uśmiechem, a on wywrócił oczami i wyciągnął do niej ramię, by zaprowadzić ją do stołu. Ujęła je z wdzięcznością i, dźgając się łokciami w żebra, podeszli do stołu, gdzie siedział już Limannel i Lerrodiel.
Wstali, gdy ich zauważyli.
            Elandiel odsunął jej krzesło, a gdy usiadła, miała nadzieję, z gracją, dołączyła do niej reszta.
-Pięknie dziś wyglądasz, moja droga- powiedział ojciec, obdarzając ją uśmiechem. Wzruszyła ramionami.
-Ta, dzięki i w ogóle- mruknęła, machając lekceważąco ręką. –Jedzmy już. Umieram z głodu- zawołała, łapiąc się odruchowo za brzuch, który burczał potężnie. Ojciec uniósł brwi.
-Eladiero, zachowuj się- upomniał ją, a ona wywróciła oczami, i nie czekając na innych, chwyciła za ciepłe jeszcze pieczywo. -Eladiero, doskonale wiesz, że to Król, nie jego córka, choćby nie wiem jak ją sobie cenił i kochał, rozpoczyna ucztę.
-Ale to nie uczta. To zwykła kolacja- odparła, rozrywając chrupiącą bułkę na pół. Gdy poczuła cudowny zapach, aż ślinka jej pociekła. –I daj wreszcie spokój z tymi durnymi zasadami. Jesteśmy sami- i nie zwlekając dłużej, wgryzła się w bułkę.
            A to był gryz godny Godzilli.
-Eladiero!- fuknął Lerrodiel, gromiąc ją spojrzeniem, a Elandiel ukrył uśmiech za serwetką.
            Ale najgorsze było spojrzenie Limannela. Patrzył na nią zupełnie jak ojciec. A to przelało czarę.
Eladiera zmarszczyła brwi.
-Och, na sto Księżyców, tato! Nie ma tu nikogo oprócz nas! Od śniadania nie miałam nic w ustach, więc mam gdzieś te durne zasady!- zorientowała się, że zgniata bułkę dopiero, gdy poczuła ostre okruszki wbijające się w jej skórę.
            Oczy ojca pociemniały, a jego ciemne brwi, spoczywające tuż nad nimi, tylko zwiększały ten efekt.
-Elu, przestań- szepnął Elandiel, pochylając się do niej z zatroskaną miną.
-Wyrażaj się!- ryknął ojciec, aż Diel drgnął, zaskoczony. Ona się jednak nie ruszyła. Wbiła wzrok w Limannela, który pokręcił głową i odwrócił wzrok, jakby go zawiodła.
Miała dość przestrzegania tych durnych reguł i zasad. Miała dość tego, że ojciec po śmierci matki stał się sztywnym snobem. Miała dość tego, że ojciec zmienił jej przyjaciela w swoją kopie i teraz każe jej za niego wyjść. Czara się przelała.
-Kiedy przestaniesz wszystkim mówić jak mają żyć?
-El…
-Kiedy przestaniesz zmuszać mnie i Elandiela do rzeczy, na które wcale nie mamy ochoty?
-Prze…
-Kiedy wreszcie pogodzisz się z tym, że matka umarła i już nigdy nie wróci?!- po jej słowach zapadła grobowa cisza. Nawet Diel nie próbował jej uciszyć. Było za późno.
            Twarz ojca zaszył cień. Rysy się wyostrzyły. Włosy pociemniały. Pięści zacisnęły.
            Błękitne oczy Limannela patrzyły na nią z niedowierzaniem.
-Wystarczy- Lerrodiel położył ręce na stole, wstając.
            Ale ona zrobiła to pierwsza.
-Masz rację. Wystarczy- odparła takim tonem, że miało się wrażenie, że w jadalni zrobiło się chłodniej.
            Odwróciła się na pięcie i, z uniesioną wysoko głową, odeszła, czując na sobie zszokowane spojrzenia trzech osób, na których najbardziej jej zależało.

_________________________________________________________________

Następny rozdział. Mam nadzieję, że ktoś tu zajrzy. Może. Kiedyś.



3 komentarze:

  1. Świetny rozdział, wgl świetny blog, znalazłam go dzisiaj, ale wiem że będę tu zaglądać. życzę weny i do następnego

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajne opowiadanie :) Interesujące i ciekawe :)
    Dużo weny!
    Pozdrawiam :*
    http://what-tomorrow-may-bring.blogspot.dk/

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział jest genialny! Czekam z niecierpliwością na kolejny.xx

    OdpowiedzUsuń