sobota, 21 marca 2015

Rozdział 4

4.

Dżinsy, trampki i samochody.

    Nagłe jasne światło zakuło ją w oczy. Zakrył je dłonią i usiadła, czując lekkie mdłości. Czuła się jakby ktoś wrzucił ją do wirującej beczki, a potem wyciągnął gwałtownym szarpnięciem. Zmusiła się by wstać i ze zdziwieniem stwierdziła, że jej suknia jest sucha. Wygładziła ją z roztargnieniem i pierwszy raz, rozejrzała się dookoła.
            Nie była już w lesie. Była w mieście. Chyba. Stała na czymś twardym i ciemnym, co przypominało drogę. W oddali majaczył dom dziwnie przypominający te ludzkie. Ulicę oświetlały latarnie, ale była pewna, że te nie miały w środku świec. Wzdłuż drogi rosły niskie, zielone krzaki.
            Nagle niebo rozjaśniło dziwne światło, a jej uszu dobiegł głośny huk, który poczuła w pustym żołądku. Nie jadła od śniadania. Coś kapnęło jej na nos. Zadarła głowę, a widząc piorun na nocnym niebie, krzyknęła zaskoczona.
            W Liman ul Thien niby nie było burz.
            Nagle zaczęło lać, jakby ktoś odkręcił kurki, a ona zadrżała, czując zimne krople spływające jej po plecach.
            Na końcu ulicy zobaczyła światło. W sumie dwa. Zbliżały się do niej z dużą prędkością. Oplotła się ramionami i cofnęła, mając złe przeczucia.
            Po chwili obok niej zatrzymała się dziwna maszyna. Miała cztery koła, był oszklona dookoła i miała z przodu dwie lampy, które rozjaśniały mrok nocy. Nie wiedziała nigdzie koni, które by to ciągnęły. Mimo to, to coś jechało. Przypominało trochę karetę, tyle że bez woźnicy i koni.
            A może jednak z woźnicą.
            Szyba opuściła się nagle, a ze środka spojrzała na nią uśmiechnięta twarz. Ciemne włosy i radosne, brązowe oczy. Żadnych kłów, pazurów, kopyt, skrzydeł, szpiczastych uszu, czy rogów. Dopiero po chwili ujrzała kocie źrenice.
-Idziesz na tę imprezę u Sullywanów?- zapytał, a Eladiera zamrugała zdziwiona. Czy Sullywan był jakimś wielkim czarodziejem, którego powinna znać? Wszyscy widzą, że czarodzieje mają słabość do przyjęć. –Wsiadaj. Podrzucę cię. My też tam jedziemy. Słyszałem, że szykuje się niezły ubaw- odparł i otworzył jej drzwi. Eladiera z niepokojem spojrzała na czarny skórzany fotel, ale w końcu wsiadła do środka. Wolała to niż moknięcie na deszczu.
            Zamknęła za sobą drzwi i po chwili ruszyli, a ona zacisnęła dłonie na fotelu, z całych sił starając się nie wrzeszczeć.
-Fajny kostium. Elf, tak?- dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności faerie, siedzącej za nią. Obejrzała się na nią. Jej różowe skrzydła wyglądały jakby zrobiła je z materiału i różowych piórek, a kusa, różowa spódniczka pokazywała prawie całe nogi.
            Kiwnęła głową bez słowa. Faerie zawsze były ekstrawaganckie.
-Ja jestem Wielkim Czarodziejem Chadem McGergorem- odparł chłopak, uśmiechając się. –Ten pomysł z kocimi oczami był jej. Ale muszę przyznać, całkiem niezły, no nie?
-Pewnie, że niezły! Bo mój! W całym Nowym Jorku nie ma seksowniejszej wróżki- dziewczyna zaśmiała się, a chłopak wywrócił oczami. Eladiera uniosła brwi. Nowy Jork? Co to takiego?
-Skromna jak zawsze- mruknął Chad. –To moja kumpela Effie. A ty? Jak się nazywasz?
-Eladiera- odparła, a Chad i Effie spojrzeli na nią dziwnie.
-Takie elfickie. Ładnie to sobie wymyśliłaś. Ale tak serio, jak masz na imię?- zapytała Effie, wychylając się z tylnego siedzenia. Eladiera zamrugała kilkakrotnie, zdziwiona.
-Przecież już mówiłam. Eladiera. Tak ma na imię- Chad spojrzał na Effie w lusterku, unoszą brwi. Ta zrobiła zamyśloną minę, a potem klepnęła się w czoło, jakby coś sobie przypomniała.
-Jesteś z Europy. Zgadłam?- zapytała, szczerząc w uśmiechu dziwnie proste i gładkie zęby. Eladiera jeszcze nie widziała faerie bez zębów ostrych jak noże.
-Z Europy?- powtórzyła, unosząc brwi. Effie już otwierała usta, by coś powiedzieć, gdy nagle odezwał się Chad.
-Jesteśmy. Imprezkę czas zacząć!- zawołał i wyłączył tę dziwną machinę, która od razu ucichła. Eladiera wyszła na zewnątrz i chciała jeszcze zapytać dziwnej pary, gdzie jest, ale ich już nie było. Zamrugał zdziwiona i rozejrzała się dookoła. Wszędzie było pełno podobnych maszyn i najróżniejszych istot, kręcących się z czerwonymi kubkami w rękach. Spojrzała na duży dom, ozdobiony dyniami ze świeczkami w środku, szkieletami, nietoperzami, pajęczynami i kolorowymi lampkami. Uniosła brwi. Wyglądał dziwnie ludzko.
-Pardąsik- obejrzała się na wampira w dziwacznym, czarnym płaszczu z wysokim kołnierzem, zaciekami krwi na twarzy i z dziwnymi kłami, które wyglądały jakby były doklejone. I wcale nie był przystojny.
            Odsunęła się, a wampir przeszedł obok, rozmawiając z kimś, kto narzucił na siebie białe prześcieradło i wyciął otwory na oczy. Szli w kierunku ogrodu.
            Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że słyszy dudniącą muzykę, w niczym nie przypominającą nudnego brzdękania harfy, do którego przywykła. Ruszyła za nią jak zahipnotyzowana, co krok spotykając dziwniejsze stworzenia. To prawie przemieniony wilkołak, to skrzat, to wróżka, to mumia (one istniały?), to jakiś czarodziej, to jakiś wampir. Spotkała nawet pół chłopaka-pół konia.
            Dziwny ten Nowy Jork.
            Zorientowała się, że muzyka pochodzi z dużych czarnych skrzynek rozstawionych w ogrodzie, a zespół stoi na scenie kawałek dalej. Mieli dziwne gitary i coś co wyglądało jak kupa garnków. Jeden z nich śpiewał w zupełnie inny sposób niż elfy, które znała.
            Mieli na sobie czarne, skórzane kurtki, krótkie włosy nastroszone, ubrani byli w ciemne, sztywne spodnie i dziwne buty. Z czarnego materiału i białej gumy z mnóstwem białych, miękkich sznurówek. Byli chyba wampirami, bo mieli krwawe zacieki w kącikach ust (to wyjątkowo dziwny i obleśny zwyczaj tutejszych wampirów?) i byli przystojni.
No, przynajmniej część z nich.
            Na pewno do grona tych przystojnych zaliczał się jeden z gitarzystów.
            Był wysoki i dobrze zbudowany; kurtka opinała się odrobinę na jego ramionach, miał czarne, kręcone włosy, opadające na przeszywające, niebieskie oczy. Jego stuwatowy uśmiech przyprawił o palpitację pewnie już nie jedną dziewczynę. W niczym nie przypominał chłopaków, z którymi Eladiera miała wcześniej do czynienia. Wydawał się rozluźniony, poruszał się swobodnie po scenie, jakby robił to od zawsze. Sprawiał wrażenie niegrzecznego.
A nic tak nie pociąga nastolatek, jak niegrzeczni chłopcy.
            Nagle, jakby czując, że Eladiera patrzy na niego od dłuższej chwili, podniósł wzrok i ich spojrzenia się spotkały.
            Najpierw uderzyło ją to, że nawet z takiej odległości jego oczy są oszałamiająco jasne i niebieskie. Potem, że niewiarygodnie hipnotyzujące. Na końcu zdała sobie sprawę, że jej ciało przeszywa dreszcz, jakby patrzyła na jadącą wprost na nią karetę.
            Chłopak rozszerzył lekko oczy, więc uznała, że on poczuł coś podobnego.
            Albo zobaczył coś dziwnego.
-Witaj, piękna elfko, zatańczysz?- uniosła brwi i obejrzała się na chłopaka w dziwnym stroju. Miał niebieski, okrągły hełm w ręce, koszulkę z numerem 1, ochraniacze na barkach i nogach, obcisłe, krótkie spodnie i dziwaczne, niskie, sznurowane buty z dużą ilością korków na podeszwach.
            Co to za dziwak? Nie rozpoznał jej? Myślała, że jej przekleństwem jest to, że wszystkie stworzenia Prawdziwego Świata, czyli Zaklęci, znali ją i całą jej rodzinę. Dlatego nie lubiła odwiedzać miast w okolicy Liman ul Thien.
            Już miała odprawić go z kwitkiem, gdy nagle coś do niej dotarło.
            Nie wiedziała gdzie się znajdowała, ale gdziekolwiek to było, nie było tu jej ojca, ani Limannela.
-Z przyjemnością- odparła, obdarzając dziwaka szerokim uśmiechem. Ten złapał ją za rękę i zaprowadził pod samą scenę, a gdy Eladiera czekała aż ją obejmie, by mogli zacząć tańczyć, (przy okazji, jak można tańczyć do takiej muzyki?) gdy on zaczął się dziwnie kiwać na boki, potrząsać głową i rękoma. Uniosła brwi, zdumiona patrząc na jego wyczyny. On uśmiechnął się szeroko.
-Na co czekasz?- zapytał, a ona uśmiechnęła się lekko i dała porwać muzyce.
~~~
            Gdy stała przy stole z napojami i patrzyła na tłum tańczących faerie, podeszła do niej wysoka i ciemnowłosa wampirzyca. Ubrana była w obcisłą czarną sukienkę i ciężkie buty i skórzaną kurtkę. Na dłoniach miała czarne rękawiczki bez palcy.
-Śmierdzisz elfem na kilometr- mruknęła, nalewając sobie do kupka różowego napoju. Eladiera uniosła brwi i pociągnęła łyk wody. Jakaś miła odmiana po tych słodkich i mdłych nektarach. –Nie powinno cię tu być, Eladiero- odparła, a elfka zrobiła duże oczy i przyjrzała się jej w słabym świetle kolorowych lampek.
Była bardzo ładna. Nawet piękna. Miała długie, ciemne, falowane włosy, opadające na jej chude plecy i biust. Drobne ciemne brwi, miała zmarszczone, wydatne, czerwone usta wykrzywione w grymasie, mały, zgrabny nosek marszczyła delikatnie, jakby nie podobał jej się zapach. Głębokie, niebieskie oczy zdawały się świecić w ciemności. Miała urodę porcelanowej laleczki, ale jej strój mówił, że raczej takową nie była. Wyglądała raczej na twardą sztukę.
Może jednak nie wszyscy Zaklęci jej nie znali?
-Niby dlaczego?- zapytała Eladiera, unosząc brew. Ona też była twardą sztuką. Twardą i wyjątkowo upartą.
-Bo jesteś córką Króla. A córki Króla nie szwędają się po imprezach w Nowym Jorku. Dlatego- odburknęła, mierząc ją ciężkim spojrzeniem brązowych oczu. –Nie powinnaś być teraz w Retres ze swoimi niańkami?- zapytała, pijąc z czerwonego kubka.
Eladiera uniosła podbródek. Czyli była w Nowym Jorku. Tylko gdzie to jest?
-Mam siedemnaście lat i niańki są mi nie potrzebne. Jestem już prawie dorosła- odparła, a wampirzyca zaśmiała się melodyjnie.
-Słuchaj, dzieciaku, mam trzysta lat i gdy mówię, że jesteś dzieciakiem, to nim jesteś. Zrozumiano?- Eladiera spojrzała na nią zabójczym spojrzeniem, a ona tylko się wykrzywiła i odstawiła kubek na bok. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia parę lat. –Lepiej wracaj do Retresu, do swojego tatusia. To nie miejsce dla ciebie- mruknęła, a potem ruszyła przed siebie.
-Nie wrócę tam. Uciekłam i nie mam zamiaru widzieć się z ojcem- odparła Eladiera, a wampirzyca zamarła wpół kroku. Odwróciła się do niej wolno z zaskoczeniem wypisanym na twarzy. Najwyraźniej nie spodziewała się tego po córce Króla Elfów.
-Jak to „uciekłaś”?- zapytała, a Eladiera wzruszyła ramionami.
-Mam swoje sposoby- odparła, a wampirzyca mierzyła ją przez chwilę wzrokiem. W końcu podeszła do niej i podała jej małą karteczkę.
-Trzymaj, ten człowiek ci pomoże- Eladiera spojrzała na wizytówkę.
Razmus Presto
Wielki Projektant Brooklynu
tel: 666 666 666
„Razmustycznie!”
-Zaczekaj tu. Muszę zadzwonić- poleciła jej i  poszła gdzieś, szukając czegoś w małej, czarnej torebce. Eladiera ponownie spojrzała na wizytówkę.
-Razmustycznie?- zapytała pod nosem. –Co to niby znaczy?
-To znaczy, że jestem strasznie spragniony, a tu nie ma nic oprócz tego słodzonego chłamu- odparł jakiś chłopak, krzywiąc się. Eladiera spojrzała na niego i uniosła brwi, rozpoznając wokalistę zespołu, który teraz najwyraźniej zrobił sobie przerwę. –Niezły kostium, mała. Zawsze kręciły mnie elfy- dodał, uśmiechając się głupio, a ona aż się zagotowała.
Mała? Mała?! Jak on śmie?!
Eladiera zacisnęła pięści i wyprostowała się na całe swoje sto siedemdziesiąt trzy centymetry, prawie równając się ze swoim rozmówcą. W ogrodzie zrobiło się nagle ciemniej, jakby ktoś zgasił lampki świecące nad ich głowami.
-Przepraszam, jak mnie nazwałeś?!- warknęła, a wampir wytrzeszczył oczy i zbladł odrobinę.
-Ja… ja tylko… chciałem…
-Tak właśnie wygląda dziewczyna, która cię nie chce- nagle za wampirem, stanął drugi wampir, klepiąc go po ramieniu. Eladiera uniosła brwi, rozpoznając w nim przystojnego gitarzystę. W ogrodzie znowu zrobiło się jasno. –Pewnie trudno ci to zrozumieć, ale spokojnie, szok minie. Kiedyś- dodał sarkastycznym tonem, uśmiechając się półgębkiem. –Przepraszam za tego palanta. Myśli, że jak śpiewa w zespole, to wszystkie dziewczyny go chcą. Co dziwniejsze, w większości przypadków tak właśnie jest.
-W takim razie tutejsze dziewczyny mają koszmarny gust- mruknęła Eladiera, a śpiewak wyglądał jakby dostał w brzuch. Gitarzysta uśmiechnął się szerzej i wyciągnął do niej rękę.
-Jestem Jasper. A ten palant do Dean- przedstawił się, a Eladiera przez chwilę patrzyła ze zdziwieniem na jego wyciągniętą kończynę. Czy to nie ona powinna pierwsza podać mu rękę?
-Eladiera- podała mu swoją dłoń, a on, zamiast ucałować jej grzbiet, jak przystało na gentlemana, uścisnął ją i potrząsnął, jakby witał się z mężczyzną. Eladiera uniosła brew.
-Jeszcze nie słyszałem takiego imienia- stwierdził Jasper, z zamyśleniem. –Pewnie nie jesteś stąd?- zapytał, a ona spojrzała kątem oka na Deana, który od dłuższej chwili gapił się na nią z otwartymi ustami.
-Nie, nie jestem stąd- powiedziała, zgodnie z prawdą.
Jasper zmarszczył brwi, jakby chciał jeszcze o coś zapytać, gdy nagle podeszła do nich wampirzyca.
-Chodź. Zmywamy się stąd- mruknęła, łapiąc ją za rękę i ciągnąc za sobą.
-A-ale…
-Idziemy- przerwała jej, niczym wkurzona matka, nie zatrzymując się nawet na chwilę.
Eladiera obejrzała się i posłała przepraszający uśmiech Jasperowi. Ten wzruszył ramionami i kiwnął głową, uśmiechając się w ten swój sposób.
-Gdzie mnie ciągniesz?- zapytała elfka, z trudem nadążając za wampirzycą, która sunęła przez ogród z dużą prędkością. Nie miała nawet zadyszki. Bo była wampirem i nie oddychała.
Bo wampiry nie żyją.
Przynajmniej teoretycznie.
-Do Razmusa. On będzie wiedział co z tobą zrobić- odparła, a Eladiera wzdrygnęła się mimowolnie. Te słowa nie brzmiały zbyt pokrzepiająco.
-Nawet cię nie znam. Ani tego całego Razmusa. Skąd mam wiedzieć, że nie jesteście mordercami i nie zrobicie mi krzywdy?- wampirzyca rzuciła jej zirytowane spojrzenie przez ramię, przecinając parking.
-Jestem Anabelle. Już mnie znasz- mruknęła, zatrzymując się przed czarnym wozem bez koni. Był niski, długi, wyglądał na szybki i drogi. Eladiera spojrzała na niego nieprzekonana. –Wsiadaj- poleciła jej wampirzyca, a po chwili sama zniknęła we wnętrzu machiny. Elfka zacisnęła usta i wsiadła do środka, zamykając za sobą drzwi. –Posłuchaj mnie teraz uważnie- zaczęła Anabelle, a Eladiera przeniosła na nią spojrzenie, starając się opanować chęć ucieczki. –Nie wiem jakim cudem się tu dostałaś, ale jesteś teraz w Nowym Jorku. Może ci się wydawać, że nie zrobiłaś nic wielkiego i nadal jesteś w Retresie. Ale tak nie jest. Trafiłaś do świata Wyklętych. Jesteś w ludzkim mieście- odparła, a Eladiera wytrzeszczyła oczy i spojrzała na grupkę nastolatków za szybą. Dopiero teraz zauważyła, że niebieskie skrzydła czarownicy są sztuczne, pazury wilkołaka zdejmowane, a rogi faerie odczepiane.
Była w świecie ludzi.
Widziała trampki i dżinsy.
A teraz siedziała w samochodzie.
Wrzasnęła tak głośno, że tamta grupka spojrzała dziwnie w kierunku samochodu.
-Och, przymknij się. Łeb mi pęka od tego hałasu- mruknęła Bella, krzywiąc się.
A potem zobaczyła dziewczynę o niebieskiej skórze, z rogami, liśćmi zamiast włosów i zębach ostrych jak szpilki. To z pewnością nie był kostium. To była dziewczyna faerie.
Ale co ona robiła wśród ludzi? I to jeszcze nie objęta czarem?
-Tam! Tam jest faerie! Jestem pewna, że to nie kostium!- wykrzyknęła, wskazując na niebieską dziewczynę. Wampirzyca spojrzała we wskazanym kierunku i westchnęła.
-Tak, to faerie- przytaknęła, a Eladiera wytrzeszczyła na nią oczy. –Nie jest objęta czarem, bo dzisiaj jest Halloween. Durne święto Wyklętych, gdy przebierając się za Zaklętych i straszą dzieci- wykrzywiła się. –Jakby potrzebowali święta żeby straszyć dzieci- prychnęła, a Eladiera uniosła brwi. –No co? Każdy ma jakieś hobby- odparła, wzruszając ramionami i zapalając silnik. Po chwili wyjechały z parkingu.
            Eladiera nie do końca rozumiała co się stało. Ani jak to się stało. Ale wiedziała, że jakimś cudem dziadek wysłał ją do świata ludzi.
             A to było jednocześnie wspaniałe i przerażające.

________________________________________________________________

No to tyle.
Cześć.

1 komentarz: