środa, 15 kwietnia 2015

Rozdział 5



5.

Razmus Presto.

Anabelle zaparkowała pod dużym ceglanym budynkiem, który równie dobrze mógł być sklepem jak i fabryką. Znajdował się trochę na uboczu, ale wcale nie wyglądał jakby ludzie do niego rzadko przychodzili. Wręcz przeciwnie. Po drodze minęły chyba z tysiąc znaków z podobizną wysokiego i szczupłego blondyna, który uśmiechając się, mówił: „Razmustycznie!”. Raz wydawało jej się nawet, że do niej mrugnął.
-Jesteśmy na miejscu. Wysiadaj- poleciła jej Bella, wyciągając kluczyki i zgarniając swoją torebkę z tylnego siedzenia. Eladiera poszła w jej ślady i zadarła głowę, patrząc w górę budynku. Miał dużo prostokątnych okien. Z szybami.
-Gdzie my właściwie jesteśmy?- zapytała, patrząc na wampirzycę, która wspinała się po schodach do ciężkich, metalowych drzwi.
-W posiadłości Wielkiego Projektanta Brooklynu Razmusa Presto- odparła z przesadnym entuzjazmem, a po chwili zniknęła za drzwiami. Eladiera uznała, że Bella nie przepada za Razmusem. Kimkolwiek był. Choć pewnie nie trzeba wiele, by podpaść Anabelle. Nie sprawia wrażenia otwartej, przyjaznej osoby. Wygląda raczej na sarkastyczną, silną, lubiącą się rządzić wariatkę. –Idziesz, czy będziesz tu sterczeć przez całą noc i gapić się jak idiotka na szyby w oknach?- mruknęła, z krzywą miną wychylając się zza drzwi. Eladiera westchnęła.
-Idę- mruknęła i ruszyła schodami w górę.
~~~
            Eladiera sama nie wie czego spodziewała się po mieszkaniu Wielkiego Projektanta Brooklynu. Ale na pewno nie tego co zastała, wchodząc za Bellą do mieszkania Razmusa Presto.
            Wysokie, białe sufity, z których zwisały czarne żyrandole z krojonego szkła, ogromne okna od sufitu do podłogi zasłonięte teraz kotarami w krzykliwych kolorach, ukazywały widok na ludzkie miasto, podłoga w czarno-białą szachownicę, krwistoczerwona kanapa w kształcie kobiecych ust, ogromny, płaski, czarny prostokąt przyczepiony do ściany, żółty stolik do kawy, jasnozielone meble w kuchni i błękitny stół z kolorowymi, wściekle różowymi krzesłami w jadalni. Od tych wszystkich jasnych, intensywnych kolorów bolały ją oczy.
            Bella powiesiła kurtkę na haczyku przy wejściu i wskazała na korytarz w drugim końcu salonu.
-Drugie drzwi po prawej. Rozgość się. Widzimy się rano- odparła i podążyła w kierunku drugiego korytarza. Eladiera niepewnie rozejrzała się po mieszkaniu.
-A gdzie ten Wielki Projektant? Nie powinno go tu być?- zapytała, a Anabelle zatrzymała się i obejrzała się na nią przez ramię, szczerząc białe zęby w upiornym uśmiechu. Wysunęła kły, a jej oczy pociemniały, więc nie wyglądała jak ktoś chętny do rozmowy.
-Właśnie imprezuje gdzieś w centrum Manhattanu- odparła, a potem zmarszczyła brwi i ruszyła przed siebie. -Jak tylko go dorwę, to skopie ten jego chudy tyłek- mruknęła do siebie, i choć Eladiera znała ją bardzo krótko, wcale w to nie wątpiła.
            Po chwili usłyszała trzaśnięcie drzwiami i westchnęła. Nagle dopadło ją zmęczenie. Spojrzała na fikuśny zegar wiszący  na ścianie między korytarzami. Wskazywał północ.  Cóż. Najwyższy czas się położyć.
            Elfka przeciągnęła się sennie, ciesząc się z tej odrobiny swobody, gdy nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby uznać jej zachowanie za nietaktowne, i ruszyła do sypialni, którą wskazała jej Bella.
            Otworzyła białe drzwi, a widząc lawendowe ściany i delikatne, dziewczęce białe meble uśmiechnęła się pod nosem.
            Zdziwiła się, dostrzegając na łóżku, złożoną w idealną kostkę, piżamę w fioletową kratę. Wzięła ją i po chwili zauważyła kolejne białe drzwi. A widząc za nimi łazienkę, ziewnęła przeciągle i wzięła prysznic, mając małe problemy z obsłużeniem ludzkiego sprzętu.
~~~
            Koło południa obudziły ją podniesione głosy.
-Wstawaj cymbale! Już południe!- krzyknęła Anabelle, gdzieś z wnętrza mieszkania. Odpowiedział jej jakiś stłumiony głos. –Nie obchodzi mnie, że wróciłeś dopiero o siódmej. Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. Doskonale wiedziałeś jak wygląda sytuacja!- umilkła na chwilę. –Na litość boską, Razmusie! Masz sześćset lat, a zachowujesz się jak smarkacz!- ryknęła Bella, a po chwili Eladiera usłyszała huk i jęknięcie. Wykrzywiła się. Anabelle nie należała do cierpliwych wampirów.
            Brunetka usiadła na łóżku i przetarła sennie oczy. Popołudniowe promienie słońca wpadały do jej pokoju, sprawiając, że wydawał się jeszcze jaśniejszy.
-A teraz marsz do łazienki i weź prysznic! Cuchniesz- fuknęła wampirzyca, a elfka westchnęła. Zrobiło jej się żal Razmusa chociaż go nie znała. Ale wyglądało na to, że on znał Anabelle. I to całkiem nieźle, skoro razem mieszkali. Biedaczek.
            Eladiera przeciągnęła się jak kotka, zeskoczyła z łóżka i poczłapała do łazienki.
~~~
            W szafie znalazła ubrania w jej rozmiarze. Zdziwiła się. Zupełnie jakby ktoś spodziewał się jej obecności już od jakiegoś czasu.
            Ubrana w dżinsy, koszulkę w kwiatki i czerwone trampki, weszła do kuchni. Długie, czarne, kręcone włosy podskakiwały rozkosznie, związane w wysoką kitkę. Duże, brązowe oczy, otoczone tysiącem ciemnych, długich rzęs iskrzyły się radośnie. Ładne, różowe usta wygięte były w słodkim uśmiechu. Śliczna, delikatna twarz szklanej laleczki promieniała, mimo swojej bladości. Wysokie kości policzkowe, szpiczaste uszy, trójkątny podbródek, wyraźna linia szczęki i wdzięczna, długa szyja były teraz wyjątkowo wyeksponowane, gdy nie zasłaniały ich gęste włosy.
            Eladiera poruszała się z gracją i wdziękiem, choć pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy.  Mimo szoku jaki przeżyła wczorajszego wieczoru wyglądała idealnie. Nieskazitelnie. I była tak irytująco radosna, że chciało się jej założyć worek na głowę, by nie musieć oglądać tej entuzjastycznej, pięknej twarzyczki.
            Była elfem. A to było widać z daleka.
-Dzień dobry- przywitała się, obdarzając promiennym uśmiechem Bellę, która posępniała schylała się nad gazetą, siedząc przy stole i popijając ciemny, aromatyczny płyn z kubka.
-Bry- mruknęła, nie zaszczycając jej spojrzeniem. Ubrana była w czarne, obcisłe spodnie i czerwoną bawełnianą koszulkę z dekoltem. Jej falowane, ciemne włosy były rozpuszczone. Na palcach miała dużo pierścionków, nadgarstki zdobiły srebrne bransoletki, a na stopach miała ciężkie, czarne, wysokie buty.
            Eladiera stanęła przy blacie, wąchając talerz naleśników.
-To dla mnie?- zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi. Westchnęła i zabrała się za jedzenie. –Słyszałam jak rano na kogoś krzyczałaś. To Razmus, prawda?- zapytała, między kolejnymi kęsami, zerkając na Bellę, zaczytaną w gazecie. Ta odstawiła kubek na stół i zasłoniła się gazetą, uciekając przed dalszymi spojrzeniami elfa i jej pytaniami. Eladiera wzruszyła ramionami i wróciła do jedzenia. –Napiłabym się herbaty- westchnęła po chwili, raczej do siebie, bo Anabelle zupełnie ją ignorowała. I nagle, ku jej zdziwieniu, na blacie, zaraz obok pustego już talerza, pojawił się kubek ciepłej herbaty. Uniosła brwi. –Widziałaś?- zapytała, odwracając się do wampirzycy, ale widząc gazetę, zmarszczyła brwi. –Zbyt rozmowna, to ty nie jesteś, co?
-Ani zbyt miła i wychowana- usłyszała za sobą męski głos i, robiąc zdziwioną minę, spojrzała na nowoprzybyłego. Bella zrobiła to samo, tyle, że jej spojrzenie nie było takie przyjazne.
            Był wysoki i szczupły, o długich, patyczkowatych nogach i szerokich barkach. Ubrany w elegancki, ciemny garnitur, co dziwniejsze, w zwyczajny poranek, stojąc w kuchni, nie wyglądał w nim na przesadnie wystrojonego. Miał krótkie, jasne włosy, ułożone teraz w wymyślny sposób (wyglądały jakby to porywisty wiatr je układał i może tak właśnie było), jasną cerę, wysokie kości policzkowe, podejrzanie różowe i błyszczące usta, wygięte teraz w uśmieszku, w jego uszach lśniły diamentowe kolczyki, dziwnie niebieskie i długie rzęsy okalały błękitne oczy tak jasne, że wyglądały na sztuczne.
I te wężowe źrenice.
-Witaj Eladieru. To zaszczyt cię poznać. Zawsze lubiłem elfy- odparł, a elfka zamrugała kilkakrotnie, nie mogąc ukryć zdziwienia. Przez chwilę wydawało jej się, że mężczyzna miał cienki język z rozczepionymi końcami, jak wąż. –Jestem Razmus Presto, Wielki Projektant Brooklynu- przedstawił się, wyciągając do niej gładką dłoń o długich palcach i pomalowanych na niebiesko paznokciach. Eladiera odruchowo podała mu rękę, sądząc, że przywita ją jak Jasper wczorajszego wieczoru, ale on schylił się i delikatnie dotknął ustami grzbietu jej dłoni.
A potem stało się coś dziwnego.
Razmus wysunął język o rozczepionych końcach i zasyczał cicho. Eladiera cofnęła dłoń, zdumiona.
-Czuję na tobie wyraźny zapach człowieka- mruknął, odwracając się w stronę Belli, która westchnęła i odłożyła gazetę na stół. Eladiera zauważyła delikatny zarys łusek na jego szyi.
-Znalazłam ją wczoraj na imprezie u Wyklętego nastolatka. Nie wykluczone, że wcześniej miała z jakimś kontakt. Pełno ich tam było. Jak mrówków- odparła wampirzyca, a Razmus się wykrzywił.
-Anabelle, moja droga, w dwudziestym pierwszym wieku nikt już nie mówi „mrówków”- zauważył, a Bella spojrzała na niego, jakby go nie widziała i wróciła do czytania. Razmus pokręcił głową i, jakby nagle przypomniał sobie o obecności Eladierii, spojrzał na nią, uśmiechając się przepraszająco. –Więc, Eladiero, co cię sprowadza do Nowego Jorku?
-Eee…- elfka zająkała się, nie za bardzo wiedząc od czego zacząć. –To długa historia- na te słowa Razmus się rozpromienił.
-Razmustycznie!- wykrzyknął, a Eladiera mogłaby przysiąść, że Bella jęknęła cicho zza gazety.
            Nagle Razmus pstryknął palcami, a oni znaleźli się w salonie, siedząc na miękkiej czerwonej kanapie w kształcie ust. Eladiera ze zdziwieniem zorientowała się, że trzyma w dłoniach kubek herbaty, choć go nie brała.
            Razmus rozsiadł się wygodnie, patrząc na nią wyczekująco, a filiżanka z kawą i łyżeczką, która sama mieszała napój, lewitowała koło jego głowy.
            Nagle Eladiera pojęła dziwny wygląd Razmusa, jego dziwne zachowanie i dziwaczny wystrój mieszkania.
Razmus był czarodziejem.
I to w dodatku Wielkim Czarodziejem Brooklynu.
Czymkolwiek ten Brooklyn był.
-No, biszkopciku, opowiadaj- zachęcił ją czarodziej, uśmiechając się w sposób, który Eladierii przywiódł na myśl węża. I naprawdę nie wiedziała dlaczego nazwał ją biszkopcikiem.
            Więc wzięła głęboki wdech i opowiedziała. 

_________________________________________________________________

No. To cześć.