piątek, 10 lutego 2017

Rozdział 7

7.

Karma dla królików.

    Z nastaniem ranka Eladiera zerwała się z łóżka i w oka mgnieniu była już gotowa do wyjścia. Coraz lepiej szła jej obsługa ludzkiego sprzętu w łazience.
            Podeszła do okna, otworzyła je i wychyliła się, opierając dłonie na parapecie i wdychając rześkie, poranne powietrze. Delikatny wietrzyk poruszał jej długimi włosami, muskał jej bladą skórę. Eladiera uśmiechnęła się szeroko. Od wczoraj nie była na zewnątrz. Dla elfa to wieczność. Zwłaszcza dla elfa w domu z szybami w oknach.
            Po raz ostatni zaciągnęła się świeżym powietrzem, a potem ruszyła do drzwi. Zatrzymała się wpół kroku, widząc swoje odbicie w lustrze.
            Ubrała ciemne, obcisłe i błyszczące spodnie, koronkowy top, białą, włochatą kurteczkę i szpilki do kolan. Widziała Przyziemną w takim stroju, gdy wracała z Anabelle z imprezy. Uznała, że to typowy, ludzki strój. Włosy związała w wysoką kitkę, w uszach miała diamentowe kolczyki, które zabrała ze sobą z Liman ul Thien, a do kurteczki przypiętą broszkę w kształcie zielonego liścia, którą kiedyś ukradła Limannelowi i od tego czasu zawsze nosiła ją przypiętą w rękawie. Chyba wyglądała w miarę ludzko.
            W kuchni zastała tamtą dwójkę jedzącą śniadanie i rozmawiającą o czymś ściszonymi głosami. Siedzieli przy blacie, zwróceni do niej plecami, więc jej nie zauważyli.
-Naprawdę sądzisz, że ten stary wariat może jej jakoś pomóc?- zapytała Bella.
-Nie wiem. Ale mam taką nadzieję- odparł Razmus, a potem westchnął. –Biedaczka. Utknąć tak daleko od domu, w świecie, którego nie zna, sama jak palec.
-Ona jakoś nie wygląda na zmartwioną- zauważyła wampirzyca.
-Anabelle, mogłabyś być odrobinę milsza. Eladiera to doceni.
-Nie lubię elfów. Są takie… radosne i głupiutkie. I władają cholernie potężną magią- mruknęła Bella, garbiąc się. –Są jak niemowlaki bawiące się nożami!
-Dzień dobry- zawołała elfka, a Razmus drgnął. Wiedziała, że Anabelle za nią nie przepada odkąd zobaczyła po raz pierwszy jej pogardliwe spojrzenie.
            Razmus odwrócił się na krześle z promiennym uśmiechem.
-Dzień dobry biszkopciku! Jak się spa…- urwał nagle, widząc w co jest ubrana. –W coś ty się ubrała?!- pisnął, aż Bella spojrzała na nią przez ramię. Jej oczy się rozszerzyły, a potem wybuchnęła śmiechem. Eladiera zmieszała się odrobinę, nie wiedząc w czym rzecz.
-Wyglądasz jak d…
-Anabelle!- czarodziej uciszył ją gwałtownie, a ona zaśmiała się głośniej. Potem przeniósł wzrok na elfkę. Pokręcił głową i zacmokał kilka razy.
-Coś nie tak? Widziałam jedną dziewczynę, która była tak ubrana i pomyślałam, że to normalny strój- wyjaśniła, patrząc niepewnie na swoje szpilki.
-A potem wsiadła do samochodu jakiegoś faceta?- zapytała Bella i wybuchnęła głośnym śmiechem. Eladiera zmarszczyła brwi i spojrzała zdezorientowana na Razmusa. Ten w końcu wstał i wyciągnął do niej rękę.
-Chodź biszkopciku, ubierzemy cię w coś normalnego.
~~~
            Jakiś czas później, gdy Eladiera wcisnęła się w wybrane przez Razmusa ubrania (biała, krótka koszulka z ananasami, czarne, obcisłe spodnie z wysokim stanem i czarne balerinki, które wcale nie były tak niewygodne jak jej pałacowe pantofle), wyszli z mieszkania, a Eladiera zadrżała mimo skórzanej kurtki, którą przed wyjściem wcisnął jej czarodziej. Elfka nie przywykła do tak chłodnego początku wiosny. W Liman ul Thien zawsze świeciło słońce, a temperatura nigdy nie spadała poniżej 20 stopni. Nawet zimą.
-Eladiero, mam do ciebie jeszcze jedną prośbę, zanim wyjdziemy na ulicę- zagadnął ją Razmus, a ona spojrzała na niego zaciekawiona. Od myśli, że zaraz wyjdzie na ulicę w ludzkim mieście, gdzie roi się od Wyklętych i będzie przechodzić obok nich nierozpoznana aż świerzbiły ją dłonie. –Świat ludzi może ci się wydać trochę… dziwny. Ale nie okazuj tego za bardzo. Dobrze, biszkopciku?- zapytał, a ona pokiwała głową, bojąc się, że jeśli otworzy usta, wyleje się z nich potok pytań. Nie przeszkodziło jej nawet, że nazwał ją „biszkopcikiem”. Zaczynała się nawet do tego przyzwyczajać.
-Możemy już iść? Potrzebuję kawy ze Starbucksa. Teraz- mruknęła Bella, krzyżując ręce na piersi i patrząc znacząco na czarodzieja. Ten wywrócił oczami i, jak przystało na gentelmana, przepuścił ją przodem. Wampirzyca wymusiła uśmiech i ruszyła przed siebie, nie oglądając się, czy jej towarzysze za nią idą. Bo pewnie wcale jej nie tym nie zależało.
            Eladiera myślała, że podwórko za mieszkaniem Razmusa jest wystarczająco dziwne z tym zapachem pleśni, kontenerami na śmieci i kotami szukającymi resztek jedzenia. Ale to co zobaczyła potem, przekroczyło jej wszelkie oczekiwania. Nawet wszystkie filmy edukacyjne, które wcześniej puszczał jej Razmus, nie był w stanie jej na to przygotować.
            Olliminel zawsze opowiadał jej o wysokich wieżach ze szkła, kolorowych ekranach, reklamujących rzeczy, które ludziom wcale nie są potrzebne, ale i tak je kupują, samochodach stających w korkach przewyższających długością najstarsze drzewo w lesie, sklepach z krzykliwymi wystawami i neonowymi szyldami wiszącymi nad wejściem, o całym tym przepychu, który, jej zdaniem, jest zupełnie zbędny, ale i tak nie mogła zmusić się, by zamknąć buzię, gdy wyszli na chodnik, mijając tłumy zgarbionych ludzi, zajętych własnymi sprawami. Słuchanie o tym wszystkim, a zobaczenie tego na własne oczy robi różnicę.
-Ej, Królewno, lepiej zamknij usta, bo jeszcze przez przypadek połkniesz jakąś biedną muchę- mruknęła Anabelle, uśmiechając się krzywo, a Eladiera w końcu zmusiła się do zaciśnięcia szczęki. Ale żadne słowa wampirzycy nie mogły jej zniechęcić do gapienia się na wszystko i wszystkich wielkimi, błyszczącymi oczami.
-I jak?- zapytał Razmus, patrząc na nią kątem oka i podśmiechując się. Eladiera zadarła wysoko głowę, patrząc w ślad za samolotem, który leciał strasznie nisko.
-Tłoczno, oślepiająco i… głośno- odparła elfka, a czarodziej się zaśmiał i pociągnął ją za łokieć w inną ulicę.
-Witamy w Nowym Jorku!- zawołał, a Eladiera uśmiechnęła się, myśląc po raz pierwszy, że może nie warto wracać do domu.
~~~
            Zatrzymali się przed małą herbaciarnią, która nie wyglądała zbyt zachęcająco. Nad drzwiami wisiał szyld „Herbatki Chana. Najlepsze w mieście”. Ale nawet kolorowe lampiony z chińskimi znaczkami powieszone na wystawie, nie mogły rozweselić tego ponurego miejsca. Cuchnęło magią.
-Poczekajcie tutaj. Muszę coś załatwić w środku. Zaraz wracam- powiedział Razmus, a po chwili zniknął we wnętrzu sklepu. Eladiera spojrzała w bok, na rząd małych sklepików i restauracyjek. Gdzieniegdzie siedziała jakaś samotna osoba, zajęta własnymi sprawami. Tak jak pewien nieogolony chłopak w skórzanej kurtce, który przysiadł przy zewnętrznym stoliku małej restauracji. Biła od niego dziwna dzikość i siła. Miało się wrażenie, że za chwilę wskoczy na stolik i zawyje do księżyca. Eladiera uniosła brwi. Wilkołak.
            Zaraz podeszła do niego kelnerka o blond włosach z różowymi pasemkami. Wyglądała zupełnie zwyczajnie. Oprócz ostrych jak noże zębów i skrzeli na szyi. Faerie.
            Nagle jej wzrok przyciągnął chłopak patrzący na wystawę w sklepie z antykami. Był przeraźliwie blady i jakby… niestały. Na przemian stawał się wyraźny i rozmyty, jakby przysłaniała go jakaś mgiełka. Nagle przebiegł przez niego jakiś gruby krasnolud z rudą brodą, a ten zaczął za nim krzyczeć. Duch.
            Eladiera ponownie spojrzała na witrynę sklepu, do którego przed chwilą wszedł Razmus. Dopiero teraz dostrzegła starożytne runy wyryte na szybie, księgi czarów, szaty o magicznych właściwościach i różnorakie składniki, od Korzenia Słońca do sproszkowanej śliny mantykory. Znajdowali się na ulicy Zaklętych. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyła?
            Już miała zapytać o to Anabelle, gdy ta nagle ruszyła wzdłuż ulicy, wołając przez ramię:
-Idę po kawę. Jesteś dużą dziewczynką. Dasz radę beze mnie!
-Ale…
-Zaraz wracam!- rzuciła i po chwili zniknęła za zakrętem. I tak Eladiera została sama.
            Rozejrzała się dookoła niepewnie. Chyba nic jej nie grozi. W końcu była siedemnastoletnim elfem. Co może się stać?
            Nie trzeba było pytać.
            Nagle zza zakrętu wypłynął tłum rozgadanych, młodych wilkołaków. Eladiera zeszła im z drogi, przez co została prawie potrącona przez chłopaka faerie pędzącego na rowerze w dół ulicy. Elfka uskoczył przed nim na jezdnię, a słysząc klaksony zdenerwowanych kierowców, popędziła przed siebie, zatrzymując się dopiero na chodniku. Odetchnęła z ulgą i zadowolona rozejrzała się dookoła, chcąc ocenić swoje położenie, ale widok przysłoniła jej ta sama grupka likantropów. Eladiera przycisnęła łokcie do siebie i stała twardo w miejscu, twierdząc, że ją wyminą. Ale jakże się myliła.
            Na drugim końcu ulicy pojawiła się grupka młodych likantropek. Hormony najwyraźniej oszalały w młodych wilkach, bo ruszyli przed siebie, nie zważając na biedną elfkę, która tylko chciała przeżyć. Więc Eladiera, nie mając innego wyboru, ruszyła przed siebie, niesiona tłumem. I już myślała, że nie ma dla niej ratunku, gdy dostrzegła boczną uliczkę. Wskoczyła w nią i oparła się o mur, czując przyjemny chłód bijący od zmurszałych cegieł. Wypuściła powietrze z płuc i uniosła głowę, by zobaczyć, gdzie tym razem wylądowała. Ciemna, ciasna i cuchnąca uliczka z mnóstwem czarnych, plastikowych worków ciągnęła się jakieś czternaście metrów wzdłuż starych budynków. Nie miała pojęcia, gdzie się znalazła.
            I już miała wrócić na chodnik, by kogoś o to zapytać, gdy dostrzegła ruch w cieniu na końcu zaułka. Zmarszczyła brwi, niepewna czego ma się spodziewać. W końcu to Nowy Jork.
-Prze-przepraszam?- zająkała się. Kształt się poruszył i nagle znalazł się w wiązce przedpołudniowego słońca. To co zobaczyła Eladiera, sprawiło, że cała krew odpłynęła z jej twarzy.
            Przystojny wampir o krótkich, ciemnych włosach wgryzał się w szyję jasnowłosej nastolatki, której twarz zbladła jak papier. Eladiera czuła, że zaraz zwymiotuje.
            Wampir odstawił od ust biedną dziewczynę i wyciągnął ją w kierunku Eladierii. Jej wiotkie ciało wisiało bezwładnie w jego morderczym uścisku.
-Łyka?- zapytał wampir, najwyraźniej biorąc ją za jedną z krwiopijców. Elfka, bliska mdłości, wrzasnęła tak głośno, że wampir aż się cofnął. –Nie, to nie! Nie trzeba było tak wrzeszczeć- mruknął i wrócił do swojego posiłku. O ile można tak powiedzieć.
            Eladiera, zzieleniała na twarzy, ruszyła pędem przed siebie na sztywnych nogach, nie patrząc gdzie biegnie.
            Dlatego chwilę później całkowicie straciła orientację w terenie, bo znów znalazła się na ulicy Wyklętych. Z całych sił zmusiła się, by nie panikować. Pomyślała, że wejdzie do najbliższego sklepu i zapyta o ulicę, na której zostawił ją Razmus i Anabelle.
            Tak właśnie chciała zrobić, gdy jej wzrok przykuła słodka papuga w klatce, przy drzwiach pobliskiego sklepu. Miała tak pięknie, kolorowe piórka, że Eladiera nie mogła się nie zatrzymać i popatrzeć na nią z bliska. Dlatego weszła do środka.
-Jakaś ty śliczna!- zawołała, nachylając się nad klatką. Ptak zaskrzeczał i poruszył skrzydłami, jakby ją zrozumiał.
-Krakersik śliczna. Bardzo śliczna!- powtórzył ptak, a Eladiera się zaśmiała. Jaki wspaniały ptak!
            Eladiera nagle spoważniała, przypominając sobie co o elfach mówiła wieczorem Anabelle. Cóż. Może miała odrobinę racji. Ale tylko odrobinę!
-Uwaga, kraksa! Uwaga, kraksa!- zaskrzeczała papuga, machając kolorowymi skrzydłami. Elfka zmarszczyła brwi i odwróciła się gwałtownie, gdy nagle wpadła na coś twardego.
-Au!- krzyknęła zaskoczona. Miała wrażenie, że wpadła na górę lodową. Wyjątkowo ciepłą, gładką i pachnącą górę lodową.
-Przepraszam! Zagapiłem się. Jesteś cała?- zamarła słysząc nad sobą głos. Męski głos. Męski i bardzo przyjemny głos.
            Kiwnęła głową, odgarniając włosy z oczu. Razmus uparł się, by zostawić je rozpuszczone, by zasłaniały jej szpiczaste uszy. Ale szpiczaste uszy były teraz jej najmniejszym problemem.
            Wiedziona ciekawością, uniosła wolno głowę, patrząc na szerokie, umięśnione ramiona w skórzanej kurtce, czarną koszulkę, kostkę do gitary zawieszoną na szyi, trójkątną szczękę, różowe usta, wysokie kości policzkowe i wreszcie te niebieskie, znajome oczy, które teraz przeszywały ją na wskroś.
-Jasper?- wypaliła, unosząc brwi. I zaraz oblała się rumieńcem, bo zdała sobie sprawę, że mógł jej nie pamiętać.
-Eladiera? Myślałem, że już nie spotkam dziewczyny, która dała kosza Deanowi- odparł, uśmiechając się stuwatowym uśmiechem. Pamiętał!
            Eladiera desperackim gestem oparła się o najbliższą półkę, czując jak miękną jej kolana. Do stu Księżyców! Jeszcze żaden chłopak tak na nią nie działał. Nie dobrze.
            Przybrała dobrą minę do złej gry i rozciągnęła usta w uśmiechu. Miała nadzieję, że nie wygląda jak przerośnięta kukiełka.
-Ja też- powiedziała, a Jasper zmarszczył brwi. –Znaczy, myślałam, że już nie spotkam ciebie- rzuciła od razu, czując jak się rumieni. –A nie dziewczyny. Bo ty nie jesteś dziewczyną. Jesteś przystojnym chłopakiem w pełnym tego słowa znaczeniu- zakryła usta dłonią, patrząc dużymi oczami na Jaspera. Miał trochę zdziwioną i rozbawioną minę.
            Brawo Eladiero, właśnie zrobiłaś z siebie idiotkę.
            Zażenowana elfka odwróciła się tyłem do chłopaka, udając, że jest zainteresowana karmą dla królików. Nie poznała jeszcze zaklęcia, które pozwoliłoby jej się zapaść pod ziemię czego aktualnie bardzo żałowała.
-Więc- zagaił Jasper, opierając się o półkę i patrząc na jej profil, gdy ze skupieniem śledziła skład karmy dla królików. –Mieszkasz gdzieś niedaleko?- zapytał, podrzucając w dłoniach gumową piłeczkę dla psów.
-Tak- rzuciła automatycznie. –Znaczy nie- poprawiła się od razu. –Znaczy…- urwała, odstawiając karmę na półkę i zakładając kosmyk włosów za ucho. Ale nagle przypomniała sobie o jej szpiczastych uszach i wyciągnęła włosy z powrotem. Jasper obrzucił ją uważnym spojrzeniem błękitnych oczu. –To skomplikowane- westchnęła, patrząc na Jaspera, ale po chwili odwróciła wzrok, nie mogąc znieść siły jego spojrzenia.
-Okay- odparł w końcu. –Rozumiem, że o to mam nie pytać.
-Nie, po prostu…- Eladiera z westchnieniem odwróciła się do niego, wbijając wzrok w czerwoną kostkę wiszącą na jego piersi. –Jestem w Nowym Jorku od niedawna i tak jakby… się zgubiłam- dokończyła, przygryzając wargę i zdobywając się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy. Rozszerzył je delikatnie w wyrazie zdziwienia.
-Masz przy sobie telefon? Może spróbowałabyś do kogoś zadzwonić i…
-Telefon!- wykrzyknęła Eladiera, czując przypływ ulgi. No jasne! Wystarczy, że zadzwoni do Razmusa (bo nie sądziła żeby Anabelle odebrała), a on po nią przyjdzie i problem z głowy! Dlaczego nie wpadła na to wcześniej?
            Eladiera sprawdziła kieszenie kurtki. Zmarszczyła jednak brwi, gdy nie znalazła komórki. Przeszukała spodnie, buty, nawet stanik i nic! Ani śladu telefonu. To tyle jeśli chodzi o bezpieczny powrót do mieszkania Razmusa.
-Zostawiłam go w tamtej kurtce- jęknęła elfka, przykładając dłoń do czoła i przygryzając wargę. To koniec. Będzie spała na ulicy w kartonach, a ludzie będą rzucać jej drobniaki pod nogi, sądząc, że jest bezdomna. –Teraz skończę na ulicy i będę się bić z bezpańskimi kotami o resztki jedzenia, a Razmus i Bella będą mnie szukać po całym mieście- westchnęła. - No dobra, tylko Razmus- mruknęła, gdy nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Spojrzała zaskoczona na Jaspera, a ten uśmiechnął się do niej dobrodusznie.
-Chętnie pomogę ci znaleźć twoich przyjaciół- zaproponował, a Eladiera rozpromieniła się w jednej chwili. Miała ochotę go uściskać.
-Poważnie?
-Jasne. I tak nie mam nic lepszego do roboty- odparł, wzruszając ramionami. Elfka uśmiechnęła się szeroko na te słowa.

-No to chodźmy!- zawołała i pociągnęła go za sobą.